TEMAT DNIA
Prezydent Kaczyński jedzie do Rzymu zaprosić Benedykta XVI
Benedykt XVI zakończył pielgrzymkę do Ziemi Świętej
Adam Michnik o swojej książce „Kościół, lewica, dialog”
WYDARZENIA
Polska
Zagranica
KOMENTARZE, OPINIE, WYWIADY
NAUKA, KULTURA, SPOŁECZEŃSTWO
W SKRÓCIE
TEMAT DNIA
Prezydent Kaczyński jedzie do Rzymu zaprosić Benedykta XVI
Polska: Papież może nas odwiedzić za rok
"Już w przyszłym roku papież Benedykt XVI może odwiedzić Polskę. Liczy na to prezydent Lech Kaczyński, który w najbliższy poniedziałek 18 maja na audiencji w Bibliotece Papieskiej w Watykanie oficjalnie zaprosi Ojca Świętego do złożenia wizyty w naszym kraju" - podaje dziennik Polska.
– Pan prezydent wyrazi oczekiwania wielu Polaków – mówi Polsce Mariusz Handzlik, podsekretarz stanu ds. międzynarodowych w Kancelarii Prezydenta. I dodaje: – Zaproszenie papieża odbędzie się w duchu ważnych dla nas wydarzeń: trwającego procesu beatyfikacji i kanonizacji Jana Pawła II, a także będącego na ukończeniu procesu beatyfikacji księdza Jerzego Popiełuszki.
I to właśnie może być klucz do ustalenia szczegółów papieskiej pielgrzymki - czytamy. - Jak dowiedziała się "Polska', Benedykt XVI mógłby właśnie w Polsce ogłosić datę wyniesienia na ołtarze Jana Pawła II. Nasi rozmówcy z kręgów watykańskich sugerują, że papież mógłby zechcieć w ten szczególny sposób uhonorować rodaków Karola Wojtyły i jego ojczyznę" - podaje dziennik. – Kardynał Ratzinger i polski papież byli bardzo zaprzyjaźnieni – mówi osoba z kurii watykańskiej. Jak sugerują rozmówcy gazety, możliwe, choć raczej mało prawdopodobne jest, że Benedykt XVI mógłby właśnie w Polsce wynieść na ołtarze Jana Pawła II.
"Pozostaje jeszcze pytanie o termin papieskiej pielgrzymki. Ustaliliśmy, że choć dokładną datę wyznacza strona watykańska, to już jest ona przedmiotem spekulacji zarówno w pałacu papieskim, jak i polskim Kościele" - piszą Anita Czupryn i Tomasz Pompowski. Benedykt XVI wiosną 2010 r. planuje wizytę w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Prezydent Kaczyński chciałby móc gościć Benedykta XVI latem przyszłego roku. Ale możliwa jest też wizyta papieża jesienią - czytamy.
Polska: Papież ogłosi w Polsce, kiedy JP II będzie święty
Audiencja u papieża Benedykta XVI to z pewnością najważniejszy, choć niejedyny, punkt wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Rzymie - pisze Anita Czupryn. Rozpoczyna ją, wraz z małżonką i delegacją ministrów, w niedzielę 17 maja.
Mariusz Handzlik, podsekretarz stanu ds. międzynarodowych w Kancelarii Prezydenta, w rozmowie z „Polską” przedstawia plan tej wizyty: – Prezydent spotka się z kombatan- tami z 2. Korpusu Polskiego, którzy w 1944 roku walczyli pod Monte Cassino. Weźmie udział w uroczystych obchodach i mszy św. z okazji 65. rocznicy tej bitwy. Spotka się z prezydentem Włoch Giorgio Napolitano. Po raz pierwszy spotka się też z Wielkim Mistrzem Zakonu Kawalerów Maltańskich w Rzymie.
Audiencja u Benedykta XVI zaplanowana jest na poniedziałek, 18 maja. Rozmowa prezydenta z papieżem dotyczyć ma ostatnich papieskich podróży do Afryki i na Bliski Wschód, a także jego kontaktów z Polską. – Prezydent Lech Kaczyński zaprosi Ojca Świętego do Polski – mówi Handzlik. – Ta wizyta jest w Polsce bardzo oczekiwana – dodaje. I ujawnia, że rozmowa o pielgrzymce Benedykta XVI do naszego kraju będzie odbywać się w duchu ważnych dla nas wydarzeń. Pierwsze z nich nastąpi już w październiku tego roku. Wtedy w Rzymie polski arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński zostanie ogłoszony świętym. Następne, to toczące się procesy wyniesienia na ołtarze Jana Pawła II i beatyfikacji księdza JerzegoPopiełuszki. – Co do tych dwóch wydarzeń, to będziemy się cieszyli, kiedy papież podejmie decyzje i ogłosi daty – mówi minister Handzlik.
"Kiedy w kręgach kościelnych rozeszła się wieść, że prezydent Kaczyński jedzie z zaproszeniem do papieża, pojawiły się spekulacje, że może prosić o to, aby uroczystości wyniesienia na ołtarze Karola Wojtyły odbyły się w Polsce. Ale jak się okazuje, w ogóle nie będzie to tematem rozmów między prezydentem a papieżem" - czytamy.
Jak tłumaczy jeden z biskupów, uroczystość wyniesienia na ołtarze papieża Polaka w Watykanie, w sercu Kościoła katolickiego, na oczach całego świata, nada wydarzeniu o wiele większą rangę, niż gdyby to nastąpiło w Polsce. Po drugie Jan Paweł II nie był wyłącznie papieżem Polaków, ale pasterzem całego Kościoła. – W Rzymie już w tej chwili zakłada się przyjęcie setek tysięcy, jeśli nie milionów ludzi na tę uroczystość – mówi jeden z pracowników Ambasady Polskiej przy Stolicy Apostolskiej.
"Niewykluczone jest za to, że Benedykt XVI, jeśli przyjmie zaproszenie, właśnie podczas wizyty w Polsce ogłosi datę beatyfikacji i kanonizacji Jana Pawła II" - pisze Czupryn. Dziennikarka dodaje, że "samo zaproszenie papieża to skomplikowany proces. Lech Kaczyński w poniedziałek da tylko sygnał. Kolejny krok należy do Konferencji Episkopatu Polski". – Przedstawiciele Episkopatu osobiście składają swoje zaproszenie w Watykanie – wyjaśnia ksiądz Kazimierz Sowa, dyrektor kanału ReligiaTV. Poza tym w Warszawie rezyduje przedstawiciel papieża – nuncjusz apostolski, który bierze zawsze czynny udział w przygotowaniach do każdej pielgrzymki papieskiej.
Ks. dr Józef Kloch, rzecznik prasowy episkopatu, mówi, że zaproszenie papieża do Polski jest inicjatywą prezydenta Kaczyńskiego. – Ale to oczywiste, że papieża powitamy z radością – mówi „Polsce”. –Gdy już będzie wiadomo, że pielgrzymka dojdzie do skutku, pełną parą prace rozpocznie wspólna grupa robocza. Strona państwowa zajmuje się m.in. logistyką i bezpieczeństwem, a kościelna zagadnieniami liturgicznymi i przygotowaniem miejsc, gdzie odbywają się nabożeństwa. Wspólnie pracują nad programem pielgrzymki.
Benedykt XVI zakończył pielgrzymkę do Ziemi Świętej
Polska: Papież opuścił Ziemię Świętą
Benedykt XVI zakończył w piątek pielgrzymkę na Bliski Wschód. Na lotnisku Ben Guriona w Tel Awiwie pożegnali go prezydent Izraela Szymon Peres i premier Beniamin Netanjahu. Papież ponownie potępił antysemityzm i zapewnił, że przybył do Ziemi Świętej jako przyjaciel Izraelczyków i Palestyńczyków. Wyraził życzenie, aby dwa państwa stały się rzeczywistością. Do obu stron konfliktu zaapelował: „Nigdy więcej przelewu krwi! Nigdy więcej walk! Nigdy więcej terroryzmu! Nigdy więcej wojny!”. Dodał, że „jednym z najsmutniejszych widoków”, jakie ujrzał podczas pielgrzymki, był mur oddzielający terytoria izraelskie od palestyńskich. Przemówienie papież zakończył pozdrowieniem „szalom” oznaczającym „pokój”.
Rzeczpospolita: Papież pamięta o ofiarach Szoah
– Holokaust nigdy nie może być zapomniany ani negowany – powiedział Benedykt XVI na zakończenie swojej pielgrzymki do Ziemi Świętej. Podczas ceremonii pożegnania na lotnisku w Tel Awiwie papież przypomniał o swojej wizycie w byłym niemieckim obozie zagłady w Auschwitz (2006 r.),gdzie „tak wielu Żydów – matek, ojców, mężów, braci, żon i przyjaciół – zostało brutalnie zamordowanych przez bezbożny reżim, który kierował się antysemityzmem i nienawiścią”. Papież mówił już oHolokauście podczas wizyty w instytucie Yad Vashem. Jego przemówienie zostało jednak uznane przez część Żydów za „niewystarczająco mocne” - czytamy na łamach Rzeczpospolitej.
Gazeta Wyborcza: Izrael dziękuje Benedyktowi XVI
Gazeta Wyborcza pisze o ostatnim dniu wizyty Benedykta XVI w Ziemi Świętej. Jak czytamy, papież podczas pożegnania na lotnisku wrócił do swej wizyty w Yad Vashem, czyli głównym ośrodku upamiętniania ofiar Zagłady. – To była jedna z najbardziej podniosłych chwil mego pobytu w Izraelu. Głęboko poruszające spotkania z ocalałymi z Zagłady przywołują na pamięć moją wizytę w Auschwitz trzy lata temu, gdzie tak wielu Żydów – matek, ojców, mężów, żon, braci, sióstr, przyjaciół – zostało brutalnie zgładzonych pod rządami bezbożnego reżimu, który szerzył ideologię antysemityzmu i nienawiści. Ten przerażający rozdział historii nigdy nie może być zapomniany ani podważany – mówił papież. Choć brak wyraźnych przeprosin papieża w Yad Vashem za Kościół wychowujący kiedyś wiernych w pogardzie dla Żydów wywołał niezadowolenie części Izraelczyków, to prezydent Szymon Peres dziękował wczoraj Benedyktowi XVI za „poruszające serca i umysły deklaracje” o Zagładzie. –Nie jestem krytykiem teatralnym – odpowiadał wcześniej prezydent Peres, kiedy gazety próbowały wciągnąć go w temat „zbyt chłodnych” przemówień papieża często porównywanego, także w Izraelu, ze swym charyzmatycznym i medialnym poprzednikiem Janem Pawłem II.
Benedykt XVI odwiedził wczoraj Bazylikę Grobu Pańskiego w Jerozolimie, gdzie zgodnie z tradycją był pogrzebany i zmartwychwstał Jezus Chrystus. To najświętsze miejsce chrześcijaństwa, które jednocześnie symbolizuje konflikty w Ziemi Świętej, spory międzywyznaniowe i przypomina wojny religijne. Kościół jest podzielony między przedstawicieli kilku wyznań (m.in. katolików, greckich prawosławnych, Koptów), którzy nie potrafią porozumieć się nawet w najpilniejszej sprawie remontów. Mnisi nierzadko toczą wojny na miotły, w których walczą o zachowanie ustalonego w XVIII w. podziału posadzki bazyliki między poszczególne wyznania. – Pusty grób mówi nam o nadziei. Nadziei, która nie zawodzi, ponieważ jest darem Ducha życia –mówił wczoraj papież o potrzebie pojednania na Bliskim Wschodzie. Benedykt XVI odleciał z Izraela kilka godzin przed rozpoczęciem szabatu.
Dziennik Polski: Papieskie przesłanie dla Ziemi Świętej
Holokaust nie może być nigdy negowany ani zapominany – podkreślił Benedykt XVI, który zakończył wczoraj ośmiodniową pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Na lotnisku Ben Guriona pod Tel Awiwem papież powiedział, że jednym z najbardziej podniosłych wydarzeń w czasie jego pobytu w Izraelu była wizyta w Instytucie Pamięci o Holokauście Yad Vashem w Jerozolimie. Benedykt XVI zaapelował także o przerwanie błędnego koła przemocy i pokojowe współistnienie Izraelczyków i Palestyńczyków.
=> Por. Dziennik Polski: Papieskie gesty pojednania
Nasz Dziennik: Wezwani do nadziei [Relacja z ostatniego dnia pielgrzymki]
W Naszym Dzienniku czytamy o ostatnim dniu pielgrzymki Benedykta XVI do Ziemi Świętej. Papież modlił się wczoraj w Bazylice Zmartwychwstania Pańskiego w Jerozolimie.
Jak czytamy, po przekroczeniu progów świątyni, której współgospodarzami są przedstawiciele trzech wyznań: greckoprawosławnego, ormiańskiego i katolickiego, Benedykt XVI skierował się ku znajdującemu się naprzeciw wejścia kamieniu namaszczenia, upamiętniającemu obrzęd namaszczenia Chrystusa olejkami i wonnościami przed złożeniem do grobu. Po chwili modlitwy ucałował kamień. W tym miejscu Następcę św. Piotra powitał o. Pierbattista Pizzaballa. - Twoja pielgrzymka do Ziemi Świętej kończy się tutaj, przy grobie, w którym Chrystus jest nieobecny. Jakże możemy nie przywoływać znowu obrazu Piotra Apostoła przybyłego do grobu razem z uczniem, którego Jezus miłował, natychmiast po Jego zmartwychwstaniu? - mówił kustosz Ziemi Świętej. - Dziękujemy Ci, umiłowany Ojcze, za wielkie przesłanie pokoju, który przekazałeś nam w tych intensywnych dniach twojej pielgrzymki. Może to zachęcić nas teraz do pójścia za Jezusem wszędzie, bez obawy, z radością dzieci, które są kochane i ocalone - podkreślił o. Pizzaballa.
Sprzed kamienia namaszczenia Benedykt XVI przeszedł do stanowiącej część bazyliki rotundy zwanej "Anastasis" (gr. zmartwychwstanie). W jej centrum znajduje się kaplica Grobu Świętego, wzniesiona na miejscu, w którym po zdjęciu z krzyża i namaszczeniu złożono martwe ciało Chrystusa. Tutaj zabrał głos ks. abp Fouad Twal, łaciński patriarcha Jerozolimy, który podziękował Ojcu Świętemu m.in. za "odwagę i trud pielgrzymowania do nękanej cierpieniami Ziemi Świętej". Do niewielkiej kaplicy Grobu Pańskiego Biskup Rzymu wszedł sam. Następnie uklęknął nad marmurową płytą, przykrywającą kamienną ławę, na której niegdyś złożono ciało Chrystusa i na której - jak zanotował św. Jan - po zmartwychwstaniu Maria Magdalena ujrzała "dwóch aniołów w białych szatach" (J 20, 12). Po chwili modlitwy Benedykt XVI wyszedł na zewnątrz i po zajęciu miejsca naprzeciw kaplicy odczytał przemówienie.
- Niech nadzieja budzi się wciąż na nowo dzięki łasce Boga w sercu każdej osoby, która żyje na tej ziemi! Niech się zakorzeni w waszych sercach, zamieszka w waszych rodzinach oraz wspólnotach i inspiruje każdego z was do wierniejszego dawania świadectwa o Księciu Pokoju! - powiedział Papież, stojąc przed kaplicą Grobu Pańskiego w Bazylice Zmartwychwstania. Ojciec Święty zwrócił uwagę, że Kościół w Ziemi Świętej, który "tak często doświadczał ciemnej tajemnicy Golgoty, nie może nigdy przestać być nieustraszonym orędownikiem świetlanego orędzia nadziei, którą głosi ten pusty grób. Ewangelia mówi, że Pan może uczynić nowymi wszystkie rzeczy, że historia nie musi się powtarzać, że pamięć może zostać uzdrowiona, że gorzkie owoce wzajemnych oskarżeń i wrogości mogą zostać przezwyciężone i że przyszłość sprawiedliwości, pokoju, pomyślności i współpracy może nadejść dla każdego mężczyzny i kobiety, dla całej rodziny ludzkiej, a zwłaszcza dla ludu, który żyje na tej ziemi, tak drogiej sercu Zbawiciela".
W miejscu zwanym Czaszką, które w języku hebrajskim nazywało się Golgota, Benedykt XVI modlił się przez dłuższą chwilę. Po modlitwie zamienił kilka słów z opiekunami tego miejsca, zapalając otrzymaną od nich świeczkę.
Z Bazyliki Zmartwychwstania Pańskiego Benedykt XVI udał się do położonej w ormiańskiej dzielnicy katedry św. Jakuba należącej do Patriarchatu Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego. Zwracając się do zgromadzonego w katedrze duchowieństwa i wiernych tego Kościoła, Ojciec Święty przypomniał długą tradycję jego obecności w Ziemi Świętej, zapewniając o swojej modlitewnej pamięci. - Jednocześnie proszę was, byście modlili się ze mną o to, żeby wszyscy chrześcijanie w Ziemi Świętej działali wspólnie (...), przepowiadając Ewangelię naszego pojednania w Chrystusie oraz nadejścia Jego Królestwa świętości, sprawiedliwości i pokoju - powiedział Następca św. Piotra do wspólnoty ormiańskiej.
Wspólne świadectwo wiary w Chrystusa jest najważniejszym zadaniem chrześcijan Jerozolimy. Tę prawdę z kolei przypomniał Ojciec Święty w przemówieniu do zwierzchników chrześcijańskich wspólnot obecnych w tym mieście. Ekumeniczne spotkanie w siedzibie Greckiego Patriarchatu Prawosławnego było pierwszym punktem programu ostatniego dnia pobytu Benedykta XVI w Ziemi Świętej. - Największą posługą, jaką chrześcijanie Jerozolimy mogą ofiarować swym współobywatelom, jest wychowanie przyszłych pokoleń na dobrze ukształtowanych i zaangażowanych chrześcijan - powiedział Biskup Rzymu. Dodał, że najważniejszym zadaniem każdego przywódcy chrześcijańskiego jest ożywianie wiary ludzi powierzonych ich opiece duszpasterskiej. Ojciec Święty zaznaczył, że wspólna troska duszpasterska przyczyni się do braterskiej miłości i wzajemnego wspierania się, zwłaszcza w okresie trudności. – czytamy.
Dziennik: Nigdy więcej wojny! [- apelował Papież]
Nasz Dziennik przytacza słowa, jakie wypowiedział Benedykt XVI na lotnisku w Tel Awiwie, na zakończenie swojej pielgrzymki do Ziemi Świętej. - Nigdy więcej rozlewu krwi! Nigdy więcej walki! Nigdy więcej terroryzmu! Nigdy więcej wojny! - apelował do Izraelczyków i Palestyńczyków Ojciec Święty, podkreślając, że zarówno do jednych, jak i drugich przybył jako przyjaciel.
- Ustanówmy tu trwały pokój, oparty na sprawiedliwości, niech zapanuje prawdziwe pojednanie i uzdrowienie ran. Niech nastąpi powszechne uznanie, że Państwo Izrael ma prawo do istnienia, do cieszenia się pokojem i bezpieczeństwem w granicach uzgodnionych na płaszczyźnie międzynarodowej. Niech podobnie zostanie uznane prawo narodu palestyńskiego do suwerennej i niezależnej ojczyzny, do życia w godności i do swobodnego podróżowania - mówił na zakończenie pielgrzymki Ojciec Święty. - Teraz możemy tylko modlić się i mieć nadzieję, żeby ziarno rzucone w ziemię przez Benedykta XVI wydało plon. Pokój będzie dany tym, którzy tego pragną - zwraca uwagę, podsumowując papieską pielgrzymkę, Michael Hesemann, niemiecki historyk i pisarz.
We wczorajszym przemówieniu pożegnalnym Papież poruszył po raz kolejny poważny problem, jaki stanowi w tym regionie mur oddzielający Palestynę od Izraela. - Kiedy przechodziłem wzdłuż muru, modliłem się o przyszłość, w której ludzie w Ziemi Świętej mogą żyć razem w pokoju i harmonii bez potrzeby takich instrumentów bezpieczeństwa i separacji, ale w poszanowaniu i zaufaniu wzajemnym, odrzucając wszelkie formy przemocy i agresji - mówił Ojciec Święty.
Ojciec Święty w czasie pielgrzymki bardzo mocno solidaryzował się z dyskryminowaną wspólnotą chrześcijan żyjącą na tych terenach, apelując do władz o wsparcie i docenienie ich obecności. - Zwrócenie uwagi na los chrześcijan przez Papieża Benedykta XVI jest jednocześnie daniem motywacji tym wszystkim, którzy angażują się w pomoc tamtejszym wspólnotom chrześcijańskim, do dalszego wysiłku - podkreśla ks. Waldemar Cisło, dyrektor polskiej sekcji organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie.
Wydaje się, że po raz kolejny w tym roku w czasie papieskiej pielgrzymki zawiodły media. Podkreśla to ks. prof. Waldemar Chrostowski, przewodniczący Stowarzyszenia Biblistów Polskich, zwracając uwagę, iż uważna obserwacja tej wizyty ukazuje wielką dysproporcję i asymetrię pomiędzy przebiegiem papieskiej pielgrzymki a jej wizerunkiem w środkach społecznego przekazu. Pielgrzymka miała trzy zasadnicze etapy: spotkanie ze światem arabskim i muzułmańskim, spotkanie z judaizmem i ze światem żydowskim, oraz trzeci wymiar wewnątrz chrześcijański. - W środkach społecznego przekazu wyeksponowano wymiar drugi, tzn. relacje z Żydami i judaizmem, co było widoczne także w Polsce - wskazuje ks. prof. Chrostowski.
Samolot z Ojcem Świętym na pokładzie odleciał z Tel Awiwu do Rzymu o godz. 14.42. Tym samym zakończyła się dwunasta podróż zagraniczna Benedykta XVI, podczas której odwiedził on Jordanię, Izrael i Autonomię Palestyńską.
=> Por. Dziennik Polski: Droga dialogu
Dziennik: Papież w Ziemi Świętej bez wpadek i fajerwerków
Kontrowersje w Izraelu, euforia wśród Palestyńczyków i zainteresowanie całego świata – taki jest bilans najtrudniejszej pielgrzymki Benedykta XVI. Papież zakończył wczoraj trwającą tydzień podróż. „Ani sukces, ani porażka” – podsumowują pielgrzymkę watykaniści.
„Papież pozostawi po sobie wiele rozczarowanych dusz” – napisał wczoraj izraelski „Haareca”, którego komentatorzy nie mogą wybaczyć Benedyktowi XVI, że podczas odwiedzin w instytucie Yad Vashem nie wymienił dokładnej liczby ofiar Szoah, nie przeprosił za członkostwo w Hitlerjugend ani nie określił Niemców mianem odpowiedzialnych za Zagładę. Najpoważniejszym zarzutem jest jednak brak potępienia papieża Piusa XII, który – zdaniem Żydów – ignorował przecież eksterminację ludności żydowskiej przez Niemców podczas II wojny światowej.
Krańcowo odmiennie pielgrzymkę komentuje strona palestyńska. „Papież pokazał nam, jak bardzo potrzebujemy miłości, pokoju i łaski” – napisał Nasser Lahham, szef agencji prasowej Maan. Niekorzystne opinie w Izraelu próbował wczoraj łagodzić prezydent Szymon Peres. Podczas ceremonii pożegnalnej na lotnisku w Lod pod Tel Awiwem dziękował papieżowi za wizytę i za zdecydowane potępienie antysemityzmu.
Polska: Złoty środek papieża [Marek Zając o blaskach i cieniach pielgrzymki]
"Pielgrzymka Benedykta XVI do Jordanii, Izraela i Autonomii Palestyńskiej przypomina spacer po polu minowym - pisaliśmy w "Polsce" przed tygodniem, gdy papież rozpoczynał swą podróż. Ciekawe, że identyczna metafora pojawiła się także w przemówieniu prezydenta Szymona Peresa: „Duchowi przywódcy mogą przygotować drogę dla polityków, mogą oczyścić pola minowe, które zagradzają drogę do pokoju" - tymi słowami zwrócił się do Benedykta izraelski polityk. Jak zatem wypadła najtrudniejsza pielgrzymka w tym pontyfikacie?" - zastanawia się na łamach dziennika Polska Marek Zając.
Blaski pielgrzymki, to według publicysty, zamknięcie ostatniego etapu naprawy dialogu katolicko-muzułmańskiego (dialogu, który wszedłw okres perturbacji po papieskim przemówieniu w Ratyzbonie we wrześniu 2006 r.). To także "definitywne przecięcie kontrowersji wokół sprawy bp. Richarda Williamsona, lefebrystowskiego hierarchy podważającego fakt Holokaustu, z którego Benedykt XVI zdjął ekskomunikę". Choć już przed pielgrzymką Watykan jednoznacznie odciął się od negacjonizmu i potępił antysemityzm, papież uznał za konieczne, aby podczas przemówienia w Yad Vashem (poniedziałek) powiedzieć o ofiarach Shoah: „Niech nigdy ich cierpienie nie bądzie negowane, dyskredytowane czy zapomniane". Kolejny plus pielgrzymki to udana wizyta w Autonomii Palestyńskiej. "W Betlejem (środa) Benedykt XVI, który musiał stąpać po bardzo cienkiej linie, znalazł właściwy balans. Nadspodziewanie klarownie mówił o cierpieniach i aspiracjach narodu palestyńskiego, ale nie padło też ani jedno słowo, które mogłoby sprowokować powszechne protesty w Izraelu, choć krytyki - naturalnie - nie brakło". Spotkanie międzyreligijne w Nazarecie, Zając nazywa jednym z najpiękniejszych momentów całego pontyfikatu.
Chłodne przyjęcie przez stronę żydowską papieskiego przemówienia w Yad Vashem to jeden z cieni pielgrzymki Benedykta XVI do Ziemi Świętej. "Generalnych zarzutów, które stawiały zarówno czołowe postacie izraelskiego życia publicznego, jak i izraelscy komentatorzy, było kilka: Benedykt XVI nie odniósł się do swoich lat młodzieńczych w III Rzeszy i problemu odpowiedzialności Niemców za Holokaust; nie było mowy o Piusie XII, którego oskarża się o milczenie wobec Zagłady; z ust papieża nie padła prośba o wybaczenie za antysemityzm wielu chrześcijan; w swoim wystąpieniu Benedykt używał znaczeniowo neutralnego określenia „killed" (zabici) zamiast wskazującego na istotę Shoah „murdered" (pomordowani)". Zając mówi także o skandalu na spotkaniu międzyreligijnym w Papieskim Instytucie Notre Dame Centrum Jerozolimskiego (poniedziałek). Na mównicę wszedł szejk Taisir Tamimi, główny sędzia sądu islamskiego w Autonomii. W emocjonalnym przemówieniu, nieplanowanym zresztą przez organizatorów, oskarżył Izraelczyków o zabijanie dzieci w Gazie, burzenie domów i niszczenie meczetów. Papież w milczeniu opuścił podium po ostatnich słowach Tamimiego. W późniejszym oświadczeniu Watykan skrytykował antyizraelską tyradę szejka jako „bezpośrednią negację tego, czym powinien być dialog". Ale i tak pozostało kłopotliwe wrażenie, jak wiele niechęci, a czasem wręcz nienawiści kryje się pod fasadą oficjalnych stosunków między religiami, zwłaszcza w Ziemi Świętej - pisze Zając. Publicysta podkreśla też, że izraelska część pielgrzymki przebiegła w wyraźnym -nomen omen - cieniu Jana Pawła II. "Żadna z dotychczasowych podróży Benedykta XVI nie odbywała się aż pod tak wielką presją porównań do poprzednika" - podkreśla.
Gazeta Wyborcza: Papież: Bliżej nam do islamu [Tomasz Bielecki]
„Podróż Benedykta XVI do Jordanii, Izraela i Autonomii Palestyńskiej trudno uznać za historyczny przełom, ale była to dobra pielgrzymka” – ocenia Tomasz Bielecki w Gazecie Wyborczej. „Papież stawiał sobie trzy cele: zbliżenie ze światem islamu, wsparcie mniejszości chrześcijańskiej na Bliskim Wschodzie i wzmocnienie dialogu z Żydami. Teolog kręcący nosem na międzyreligijne modlitwy Jana Pawła II o pokój stał się papieżem, który w czwartek w Nazarecie podczas pieśni - modlitwy o pokój („Szalom! Salam!”. Obdaruj nas Boże pokojem!) poderwał się z krzesła, chwycił za ręce imama i rabina, by modlić się wspólnie z nimi. Jak u Jana Pawła II gest wyszedł poza sztywne nauczanie. Jak za Jana Pawła II z entuzjazmem przyjęli to muzułmanie.”
„Główni islamscy komentatorzy dość życzliwie ocenili też takt, z jakim Benedykt XVI upominał się o prawa chrześcijan na Bliskim Wschodzie. Ma to wielkie znaczenie, bo rzymscy papieże nadal są tam postrzegani jako wysłannicy Zachodu. A co z Izraelem? Papież nie przeprosił za dawny antysemityzm Kościoła jako instytucji i nie powtórzył w Jerozolimie przeprosin swego poprzednika „za postępowanie tych [w Kościele], którzy powodowali cierpienia” Żydów. To prawda, że gdyby jako papież i Niemiec powiedział o uwikłaniu Niemców w nazizm i o tradycji antyżydowskiej teologii Kościoła, to jego mowa przeszłaby do historii. Nie powiedział, więc jako „poprawna” zostanie ona szybko zapomniana. Ale Izraelczycy na pewno zapamiętają apel Benedykta XVI o walkę z odradzającym się antysemityzmem i jego spotkanie z rodzicami żołnierza porwanego przez Hamas. Odebrali to jako gest solidarności z krajem, który nadal musi walczyć o przetrwanie. „Chyba przesadziliśmy” – przyznał najpoczytniejszy izraelski dziennik „Yediot Achronot”, pisząc o wcześniejszej krytyce papieskiej wizyty” – czytamy w Gazecie Wyborczej.
Gazeta Wyborcza: Gdyby jednak ukląkł [komentarz Jana Turnaua]
„Zakończyła się wczoraj pielgrzymka papieża do Ziemi Świętej” – pisze Jan Turnau w Gazecie Wyborczej. „Gdy się rozpoczęła, napisałem, że powinien uklęknąć przed Ścianą Płaczu. Nie ukląkł. Stało się niedobrze. I nawet gdyby na kartce włożonej w Ścianę Płaczu była, tak jak na kartce Jana Pawła II, kościelna prośba o przebaczenie, byłoby to moim zdaniem za mało. Bo jednak Benedykt XVI jest Niemcem. Nie reprezentuje oficjalnie tego narodu, ale wszyscy nosimy jakoś winy naszych wspólnot. Twierdzę to, choć na przykład milczenie Piusa XII nie gorszy mnie tak jak wielu Żydów oraz katolików. Ten papież zrobił dla ochrony Żydów naprawdę wiele, ale nie jestem pewien, czy pomógłby publicznym słowem. Trzeba też wiedzieć, że akurat samo papiestwo było wciągu wieków na ogół bardziej życzliwe Żydom niż pozostały świat chrześcijański. Gdyby jednak papież wykonał przyjęty w naszej kulturze gest pokory i skruchy, nie powiedziałby w ogóle nic – a zarazem bardzo wiele. Bo gesty mają nośność obrazu. Obawiam się, że Benedykt XVI tak się zachował, albowiem mojemu Kościołowi wciąż brak dostatecznej pokory. Brak jej przede wszystkim w Watykanie, skąd winno świecić najjaśniejsze światło chrześcijańskie” – uważa Turnau. „Paweł VI ukląkł przed przedstawicielem prawosławia, Jan Paweł II był uosobieniem pokory, u obecnego papieża widzę za dużo kościelnej dumy.”
Gazeta Wyborcza: Benedykt XVI jak ślimak w skorupie [wywiad z izraelskim pisarzem Edgarem Keretem]
Gazeta Wyborcza zamieszcza na swoich łamach wywiad z izraelskim pisarzem Edgarem Keretem. Na temat wizyty papieża w Izraelu, a zwłaszcza słów wypowiedzianych w Yad Cashem, rozmawia z Keretem Paweł Smoleński.
- Miałeś jakieś oczekiwania związane z wizytą Benedykta XVI w Izraelu? – pyta Smoleński. – Jestem Żydem i agnostykiem, więc chyba nie powinienem mieć żadnych oczekiwań... – odpowiada Keret. - Wyobrażałem sobie tę wizytę jak przyjazd dostojnego, kostycznego, poważnego, dalekiego wuja. Na takie wizyty czeka się z niecierpliwością, lecz w dziwnym napięciu. Papież – nie tylko Benedykt, ale każdy inny – to przywódca jednej z najstarszych istniejących struktur na świecie. Dlatego jest dla mnie łącznikiem, pomostem między przeszłością a teraźniejszością, między wiarą a dniem dzisiejszym i jego problemami, bolączkami.
- Przyjechał do nas papież ze szczególną biografią: jest Niemcem, jako chłopak służył w Wehrmachcie, przywrócił na łono Kościoła lefebrystów, w tym biskupa Richarda Williamsona, który publicznie neguje Holocaust – mówi dalej Keret. - Przyjechał do kraju zbudowanego przez ocalonych z Zagłady. To wszystko stawia go w szczególnej pozycji, zwłaszcza wobec Żydów. Może więc masz rację, że mieliśmy konkretne oczekiwania. Spodziewaliśmy się czegoś innego, a wyszło, jak wyszło.
- Mój kraj jest w jakiejś mierze paranoiczny, moi rodacy są owładnięci paranoją – uważa pisarz. - Ta paranoja ma korzenie w przeszłości, wczasach diaspory, gdy żyliśmy po sąsiedzku z chrześcijanami, także z katolikami. Izraelska paranoja to również efekt Holocaustu. Lecz nawet jeśli ktoś jest owładnięty paranoją, jeśli patrzy w przeszłość i czyni wiele rzeczy ze względu na przeszłość (niekiedy czyni też zło), to nie znaczy, że we wszystkim się myli. Może mieć rację, więc trzeba zwracać uwagę na jego wrażliwość. Nie zgadzałem się z krytyką a priori, nie sekundowałem wszystkim tym, którzy przewidywali, że wizyta Benedykta nie będzie niczym nadzwyczajnym. Byłem ciekaw, jak papież opowie nam osobie, o swoich uczuciach.
- Na Benedykcie też nie ciąży żadna osobista wina – zauważa dziennikarz. – Oczywiście. I nikt przy zdrowych zmysłach, nawet w moim paranoicznym kraju, nie zarzuca osobistych win papieżowi. Lecz Yad Vashem jest miejscem szczególnym, jedynym takim miejscem na świecie.
- Benedykt powiedział w Yad Vashem: „Niech wszyscy ludzie dobrej woli czuwają, by wykorzenić z serca człowieka to wszystko, co mogłoby prowadzić do tragedii podobnych do Zagłady”. Na lotnisku Ben Guriona potępił antysemityzm, który „podnosi odrażającą głowę w wielu krajach świata” – przypomina Smoleński. – Nie chodzi o to, co Benedykt powiedział, lecz o to, czego nie powiedział – ripostuje Keret. - Jego wystąpienia były pełne dobrych słów. Lecz zabrakło w nich zdania o odpowiedzialności, także osobistej, choćby to była odpowiedzialność człowieka na wskroś niewinnego. Nie wyobrażam sobie jakiegokolwiek poważnego przywódcy, który nie potępia antysemityzmu. Lecz mówiąc o antysemityzmie, można dać jakiś przykład, odwołać się do konkretu. Akurat w historii Kościoła katolickiego i papiestwa takich przykładów znalazłoby się aż nadto. Kościół zgrzeszył antysemityzmem wielokrotnie. Nie da się mówić ogólnie o Kościele, nie dostrzegając i tego aspektu jego historii. Nie da się opowiedzieć prawdziwej historii II wojny światowej bez przyjrzenia się pontyfikatowi Piusa XII. Wiem, że np. w Polsce wielu Żydów uratowało się również dzięki księżom i zakonnicom. Ale wiem także, że antysemityzm znajdował w Kościele silne oparcie. Akurat to są fakty, które w Yad Vashem powinny być wypowiedziane.
- Wiesz, dlaczego Jan Paweł II uwiódł Izrael? – pyta Keret. - Nie tylko dlatego, że na oczach wszystkich tak odważnie zmagał się z fizyczną słabością. Ani dlatego, że był swoistą gwiazdą kultury masowej, postacią medialną, idolem tłumów, że znał go cały świat. Zresztą – obie pielgrzymki były śledzone w Izraelu z podobną uwagą, więc nie można powiedzieć, że Jan Paweł II był częściej w telewizji. Wasz papież powiedział w Izraelu to, co powinien, a co Izrael chciał usłyszeć. I powiedział to szczerze, zgłębi serca. Jeśli Jan Paweł II był wujkiem, którego przyjazd wywołał uśmiech i radość, to Benedykt XVI jest wujkiem, którego wizyta wzbudza w nas nerwowość i stres.
- Nie winię chrześcijaństwa za los Żydów – mówi Izraelczyk. - Żadna religia nie jest winna okropnościom, których dopuszczają się ludzie szukający w swojej wierze w Boga uzasadnienia dla swojego postępowania. Ale można winić poszczególnych chrześcijan, chrześcijańskie instytucje. Jan Paweł to właśnie mówił. Tego zabrakło mi w słowach Benedykta.
- Może różnica słów Jana Pawła i Benedykta wypowiedzianych w Izraelu wynika z różnicy doświadczeń wczesnej młodości? – sugeruje Smoleński. – Może tak, może nie, nie jestem psychoanalitykiem papiestwa. Wiem tylko, co zresztą wiedzą wszyscy ludzie na świecie: nigdy nie było i nigdy już nie będzie papieża, który służył w Wehrmachcie. Nie z własnej woli, a nawet wbrew sobie, lecz jednak. To biograficzny szczegół, w Europie być może bez większego znaczenia, który w Yad Vashem urasta do rangi symbolu. Na dostrzeżeniu i wypowiedzeniu takiego właśnie szczegółu polega moim zdaniem odpowiedzialność. Inaczej napominanie, potępianie antysemityzmu, ból nad ofiarami Zagłady traci moralny wymiar. Jan Paweł dał nam –Izraelczykom i Żydom na całym świecie – wielką lekcję odpowiedzialności i właśnie moralności. Jeśli pouczał, napominał, był w tym prawdziwy, wiarygodny, gdyż nie dostrzegał tylko win u innych ludzi i innych instytucji. Zaczął od siebie i swojego Kościoła, mówił o winie, choć był bez winy. Benedykt miał jeszcze większą szansę. Nie dostrzegł jej, może nie potrafił dostrzec. Miałem wrażenie, że zachowywał się jak ślimak w skorupie. Widzi wszystko, co dzieje się wokół niego, lecz skorupa daje mu ochronę, powoduje, że świat zewnętrzny niewiele go osobiście dotyczy.
- Co to znaczy, że ludzie mają wyrzucić z serca wszystko, co może prowadzić do tragedii podobnych Zagładzie? Jak to rozumieć, skoro nie mówi się osobie, jak tego wymagać od innych, skoro nie wspomina się o własnej biografii? – pyta Keret. - Nad tym nie da się przejść bez słowa, gdy staje się naprzeciwko Żydów w miejscu pamięci ofiar Holocaustu. Benedykt jest tym papieżem, w którym spotyka się – czy tego chce, czy nie chce – cała złożoność i tragizm żydowsko-chrześcijańskiej historii. Powtórzę: to on zdjął ekskomunikę z kłamcy oświęcimskiego, choć wierzę, że sam boleje nad ofiarami Auschwitz. Był w niemieckim wojsku, gdy dokonywała się Zagłada, choć ani nie chciał – wierzę – służyć w Wehrmachcie, ani nie przyłożył ręki do Holocaustu.
- Chciałbyś, by papież wykonał jakiś spektakularny gest. Żeby – niczym kanclerz Niemiec Willy Brandt, który uklęknął przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie, mimo że sam był w czasie wojny aktywnym działaczem antyhitlerowskiej opozycji – zrobił coś, o czym mówiłby cały świat? – pyta dziennikarz. – Nikogo nie można zmuszać do klękania. Jeśli ktoś nie czuje, że powinien uklęknąć, niech nie klęka na pokaz – uważa Keret. - Żydzi nie zostali – jak powiedział Benedykt – zabici. To była zaplanowana i metodycznie zrealizowana zbrodnia, morderstwo na sześciu milionach Żydów. Zrobili to konkretni ludzie, w imię konkretnej ideologii, wyrośli w konkretnych warunkach społecznych, w krajach, gdzie katolicyzm był obecny i odgrywał ważną rolę. Nie można mówić, że wszyscy Europejczycy i cały Kościół katolicki odpowiadają za Zagładę. Ale też nie można używać słów, które pokazują, że między chrześcijaństwem a Zagładą nie ma żadnego związku, bo to tylko szkodzi wzajemnemu porozumieniu i pojednaniu.
- Gdy zapytałem Amosa Oza o znaczenie wizyty Benedykta XVI w Izraelu, powiedział, że papież – człowiek religii – pokaże religijnym ekstremistom po izraelskiej i palestyńskiej stronie, że wiara w Boga nie jest od tego, by uzasadniać wojnę, lecz po to, by szukać zgody, pokoju i wzajemnego wybaczenia doznanych krzywd – mówi Smoleński. – Bardzo mi się podobało, gdy Benedykt mówił o konieczności powstania suwerennego państwa palestyńskiego. Przypominanie Izraelczykom, że zawarli z Palestyńczykami jakąś konkretną umowę, ma pragmatyczny sens. Tak samo jak mówienie Palestyńczykom, że terror jest drogą donikąd. Ale kiedy papież mówił o palestyńskim państwie i o terrorze, pomyślałem sobie o jego wiarygodności. Nie sądzę, by te słowa świadczyły o politycznej poprawności. Więcej – ufam, że były prawdziwe, prosto z serca. Lecz pomyśl, jaka byłaby ich siła, gdyby za nimi stało inne przemówienie wYad Vashem. A tak utoną między innymi ogólnie słusznymi wezwaniami do dialogu i porozumienia. Niebawem nikt nie będzie o nich pamiętać – uważa Keret.
Nasz Dziennik: Ojciec Święty zwrócił uwagę świata na problemy chrześcijan [mówi ks. Waldemar Cisło]
W Naszym Dzienniku znajdujemy wypowiedź ks. Waldemara Cisło, dyrektorem polskiej sekcji międzynarodowej organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie, która pomaga chrześcijańskim rodzinom w Ziemi Świętej. Rozmawia z nim Sławomir Jagodziński.
- Zakończyła się podróż apostolska Ojca Świętego do Ziemi Świętej. To niezwykle zróżnicowany rejon, wielokulturowy, wieloreligijny, niestety, pełen konfliktów i niesprawiedliwości. Jak w ocenie Księdza Ojciec Święty poradził sobie z tymi wszystkimi okolicznościami, które zdawały się stawać na przeszkodzie jego owocnemu pielgrzymowaniu i nauczaniu? – pyta dziennikarz. - Pamiętając o wielkim krytycyzmie mediów w stosunku do osoby Ojca Świętego, jak zauważyliśmy to przynajmniej dwukrotnie (po przemówieniu w Ratyzbonie i zdjęciu ekskomuniki z lefebrystów), trzeba powiedzieć, że była to pielgrzymka trudna – uważa ks. Cisło. - Istotnie, Papież miał świadomość, że każda ze stron konfliktu izraelsko-palestyńskiego będzie chciała wykorzystać tę wizytę na swoją korzyść. W moim przekonaniu, udało się Benedyktowi XVI uniknąć takiej sytuacji. Zachował tak potrzebną równowagę pomiędzy oczekiwaniami strony izraelskiej i palestyńskiej, zwracając jednocześnie mocno uwagę na sytuację ciągle malejącej tam wspólnoty chrześcijan - a ten problem związany jest zarówno z Izraelem, jak i Autonomią Palestyńską.
- Benedykt XVI bardzo mocno podkreślił tę potrzebę obecności i świadectwa chrześcijan w Ziemi Świętej. To chyba ważne słowa dla prześladowanej i zmniejszającej się ciągle liczby wyznawców Chrystusa na tych terenach? - Jest to niezmiernie ważne, gdy Głowa Kościoła katolickiego, kiedy oczy niemal całego świata są zwrócone na ten rejon, mówi: "Orędzie o przyjściu Chrystusa, zesłane z nieba głosem aniołów, nadal rozbrzmiewa echem w tym mieście", i nieco później, że o tym fakcie tutaj "krzyczą nawet kamienie". Mówi to do ludzi, którzy stoją przed wyborem: podjąć bardzo ciężkie warunki życia i pozostać w Ziemi Świętej czy opuścić to miejsce, na czym zależy zarówno Izraelowi, jak i Arabom. Zwrócenie przez Papieża Benedykta XVI uwagi na los chrześcijan jest jednocześnie daniem motywacji tym wszystkim, którzy angażują się w pomoc tamtejszym wspólnotom chrześcijańskim, do dalszego wysiłku.
- W Ziemi Świętej jest miejsce dla każdego, apelował Papież, wzywając władze na tych terenach do umożliwienia także wyznawcom Chrystusa godnego życia. Postawa władz izraelskich jest chyba kluczowa w tej kwestii? - Odpowiadając na to pytanie, warto uświadomić sobie fakty: z jednej strony mamy prowokacje palestyńskie, ostrzał terytorium Izraela, który bardziej drażni, niż przynosi szkody, a z drugiej strony widzimy nieproporcjonalną odpowiedź - podczas ostatniej akcji zbrojnej Izraela w Strefie Gazy zginęło ok. 950 Palestyńczyków, w tym wiele niewinnych dzieci i kobiet, wobec 13 ofiar ze strony izraelskiej. Dla chrześcijan ważne jest to, aby zarówno strona izraelska, jak i palestyńska miały świadomość, że tylko wzajemny szacunek, pomimo różnic religijnych, pozwoli godnie żyć tamtejszym mieszkańcom.
- Z jednej strony Benedykt XVI wzywał chrześcijan do pozostawania w Ziemi Świętej, z drugiej - apelował o solidarność z nimi całego Kościoła. Trzeba sobie uświadomić, że to, czy za jakiś czas wspólnota wyznawców Chrystusa w Ziemi Świętej będzie jeszcze istnieć, zależy także od nas. Jak możemy ich wspierać? – pyta Jagodziński. - Musimy pamiętać przede wszystkim o solidarności w modlitwie. Papież dał świadectwo takiej solidarności. Jako ludzie wierzący musimy sami więcej wiedzieć i informować innych o panującej tam sytuacji. Gdy np. jedziemy z pielgrzymką do Ziemi Świętej, zwracajmy uwagę, aby zatrzymać się u chrześcijan, aby od nich kupować pamiątki, dewocjonalia. To jest najlepsza forma pomocy i na taką oni czekają. Dzięki temu sami mogą zapracować na swoje utrzymanie – podkreśla ks. Waldemar.
- W Nazarecie Benedykt XVI bardzo mocno podkreślił rolę rodziny opartej na sakramentalnym małżeństwie kobiety i mężczyzny, wiernej i otwartej na życie. Ksiądz zna rodziny chrześcijańskie w Ziemi Świętej. Z jakimi wyzwaniami muszą się one mierzyć? - Zarówno w obozie dla uchodźców, jak i przy innych okazjach Papież zwrócił uwagę na potrzebę edukacji. Jest to ważny aspekt - dać wykształcenie młodemu pokoleniu. Kolejny istotny problem to praca i opieka medyczna. Znamy problemy służby zdrowia w naszym kraju, a tam choroba oznacza to, że trzeba ponieść wysokie koszty, często w izraelskim szpitalu. Niezmiernie istotne jest danie nadziei młodym rodzinom tam mieszkającym, co jest trudne w obliczu skomplikowanej sytuacji politycznej, gospodarczej. Pojawia się u nich najprostsza pokusa - emigracja. Istotne jest również to, na co zwrócił uwagę Ojciec Święty - praca nad umocnieniem wiary tamtejszych chrześcijan. Stąd potrzeba wspierania również tamtejszych księży, wspólnot zakonnych, pracy duszpasterskiej, jaką one prowadzą. Pomoc Kościołowi w Potrzebie czyni to od wielu lat.
- Choć Ojciec Święty kilkakrotnie mówił o trudnej sytuacji chrześcijan w Ziemi Świętej, to te problemy nie znalazły jakiegoś większego oddźwięku w komentarzach i publikacjach, przekazach medialnych. Natomiast nie obyło się bez krytyki Papieża za przemówienie w Instytucie Yad Vashem. O czym to świadczy?- Każda ze stron, zarówno Izrael, jak i Palestyńczycy, chciała wykorzystać tę wizytę dla siebie. Natomiast jeśli chodzi o marginalne potraktowanie przez światowe media sytuacji tamtejszych chrześcijan, to przypomnijmy, że jest to niemal reguła. Podobna sytuacja była w Indiach w stanie Orisa - kilkaset ofiar śmiertelnych i milczenie mediów. Nieco później zamach w Bombaju, podobna liczba ofiar - ale tu relacje na żywo, również w polskojęzycznych mediach. Istnieje jakaś "zmowa" milczenia wobec trudnej sytuacji chrześcijan w wielu krajach... Być może w odpowiedzi na pytanie o źródła takiej sytuacji trzeba przypomnieć nauczanie Benedykta XVI o odchodzeniu kultury europejskiej od jej chrześcijańskich korzeni, tradycyjnego modelu rodziny, o postępującej sekularyzacji w wielu dziedzinach życia społecznego i indywidualnego – uważa ks. Cisło.
Nasz Dziennik: Pokora Kościoła - tak, upokarzanie Kościoła - nie! [Rozmowa z ks. Chrostowskim]
W Naszym Dzienniku, w rozmowie z Małgorzatą Bochenek, ks. Waldemar Chrostowski podsumowuje pielgrzymkę Papieża do Ziemi Świętej.
- Które z wydarzeń tej wizyty apostolskiej wskazałby Ksiądz Profesor jako najważniejsze? – pyta dziennikarka. - Uważam, iż najważniejsza była obecność Ojca Świętego jako pielgrzyma w Wieczerniku oraz w Bazylice Grobu Pańskiego. Te dwa miejsca określają tożsamość każdego chrześcijanina, a więc i tożsamość Papieża najwyższego kapłana, strażnika pamięci o Jezusie Chrystusie – uważa ks. Chrostowski. - Na drugim miejscu wskazałbym Betlejem, sprawowanie Mszy św. w sąsiedztwie Ogrójca w Jerozolimie, przewodniczenie Eucharystii w Nazarecie. Każda pielgrzymka do Ziemi Świętej to pielgrzymka do Grobu Pańskiego, który świadczy o nierozłącznej więzi śmierci i zmartwychwstania Jezusa.
- Bardzo ważne słowa wygłosił Papież w Instytucie Pamięci Yad Vashem w Jerozolimie. Dlaczego mimo wszystko spotkały się one z krytyką? - Uważna obserwacja tej wizyty ukazuje wielką dysproporcję i asymetrię pomiędzy przebiegiem papieskiej pielgrzymki a jej wizerunkiem w środkach społecznego przekazu. Pielgrzymka miała trzy zasadnicze etapy: Jordania oraz kilka dni później Autonomia Palestyńska, a więc spotkanie ze światem arabskim, głównie muzułmańskim; drugi wymiar spotkanie z judaizmem i ze światem żydowskim; oraz trzeci wymiar wewnątrzchrześcijański, tzn. spotkanie z miejscami świętymi drogimi wyznawcom Chrystusa. W środkach społecznego przekazu wyeksponowano wymiar drugi, tzn. relacje z Żydami i judaizmem, co było widoczne także w Polsce. Ta dysproporcja ukazuje nam, że inaczej tę pielgrzymkę należy postrzegać z perspektywy Kościoła, a inaczej z perspektywy środków społecznego przekazu. Dopiero wówczas możemy właściwie spojrzeć na obecność Ojca Świętego w Yad Vashem. Przemówienie Papieża w Yad Vashem należy do najpiękniejszych, najgłębszych teologicznie, najbardziej poruszających przemówień, które dotychczas wygłosił Benedykt XVI. Wyraża ono naszą chrześcijańską solidarność z narodem żydowskim. Co się tyczy przepraszania, musimy jeszcze raz powtórzyć, iż za pontyfikatu Jana Pawła II wiele razy zostało wypowiedziane mea culpa Kościoła katolickiego także w stosunku do Żydów i do judaizmu. Zatem należy zadać pytanie, czy tamte mea culpa miały jakieś znaczenie, zostały zauważone i przyjęte? Jeżeli odpowiedź na to pytanie jest twierdząca, winno to oznaczać, że dokonało się pojednanie i należy przejść do nowego etapu, od pamiętliwości do pamięci. Tylko szczera odpowiedź pozwala zrozumieć i właściwie umiejscowić naciski, których celem było zmuszenie Benedykta XVI, by pokorę zastąpić upokorzeniem się, a więc pokora Kościoła - tak, upokarzanie Kościoła - nie!
- Benedykt XVI w Betlejem, należącym do terytorium palestyńskiego, podkreślił, iż Stolica Apostolska popiera prawo narodu palestyńskiego do suwerennej ojczyzny. Zwrócił uwagę, że w kwestii pokoju bardzo wiele zależy od narodu izraelskiego... - Państwo Izrael istnieje od ponad 60 lat i nikt roztropny nie kwestionuje jego istnienia i tożsamości. Izraelczykom udało się wskrzesić państwo nowoczesne, gdzie ludzie żyją w dobrobycie, państwo, które jako jedno z nielicznych na świecie dysponuje też bronią jądrową. Taka sytuacja sprzyja, aby spokojnie i na nowo rozważyć przyszłość zamieszkujących tamte tereny Arabów, którzy nazywają siebie Palestyńczykami. Rozwiązanie tej sytuacji to także powinność świata arabskiego, który jednak pod tym względem jest bardzo podzielony. Na terytorium pozostającym pod kontrolą Izraela mieszka ponad cztery miliony Palestyńczyków. Wśród Żydów podnoszone są głosy, że winni ich przyjąć arabscy współplemieńcy zamieszkujący rozległe terytorium od Mezopotamii aż po Maroko. Głosy te oznaczają więc konieczność przesiedleń, deportacji, których niczym nie można usprawiedliwić. Mając to na uwadze, a zarówno widząc wewnętrzną spójność i moc Izraela, Benedykt XVI odważnie mówi, idąc pod prąd poprawności politycznej, iż Palestyńczycy mają prawo do swojego państwa. Między standardem życia Palestyńczyków a Izraelczyków istnieje ogromna przepaść. Izraelczycy opływają w dobra, Palestyńczycy cierpią biedę, taka sytuacja rodzi terror, który staje się siłą bezsilnych. Benedykt XVI prosi, aby temu położyć kres – mówi ks. Chrostowski.
- W Bazylice Zwiastowania Papież specjalne słowa skierował do biskupów, kapłanów, członków zgromadzeń zakonnych i ruchów kościelnych. Podczas przemówienia powiedział, że w Państwie Izrael oraz na terytoriach palestyńskich chrześcijanie stanowią mniejszość, przez co być może myślą, że ich głos niewiele się liczy. Jednak, jak podkreślił, mają oni do odegrania rolę w Bożym planie zbawienia poprzez uobecnianie Chrystusa w świecie, bycie jego świadkami, upowszechnianie Jego orędzia pokoju i jedności. Dlaczego w Ziemi Świętej bardzo ważne jest pokrzepienie serc dla wyznawców Chrystusa? - Obecność chrześcijan w miejscach świętych to wymóg, aby wiara w Chrystusa istniała i rozwijała się tam, gdzie Jezus żył, nauczał, gdzie cierpiał, poniósł śmierć na krzyżu i gdzie zmartwychwstał. W Ziemi Świętej, jak nigdzie indziej, staje się widoczne, że powinnością Kościoła jest nie tylko dialog z wyznawcami innych religii, ale także jeszcze silniejszy ekumenizm z przedstawicielami innych wyznań chrześcijańskich. Budowanie jedności Kościoła nabiera szczególnego znaczenia tam, gdzie Kościół się narodził – zauważa ks. profesor.
Nasz Dziennik: To był powrót Piotra do ziemi, z której wyszedł [Rozmowa z Michaelem Hesemannem]
Z Michaelem Hesemannem, niemieckim historykiem i pisarzem, m.in. autorem książek o Janie Pawle II, rozmawiają w Jerozolimie Maria Popielewicz i Sebastian Karczewski.
- Jakie były najważniejsze wymiary papieskiej wizyty w Ziemi Świętej? – pytają dziennikarze.- Najważniejsze było spotkanie z ludźmi, którzy tu żyją. Patrząc na pielgrzymkę Benedykta XVI do Ziemi Świętej, można powiedzieć, że był to powrót Piotra do ziemi, z której wyszedł. Piotr powrócił, by przejść śladami swojego Mistrza... To jest pierwsza płaszczyzna - duchowa. Drugą płaszczyznę stanowi tło polityczne i historyczne. Tu najbardziej utkwiły mi w pamięci łzy w oczach niemieckiego Papieża w Instytucie Pamięci Yad Vashem. Pod względem zarówno historycznym, jak i politycznym był to najważniejszy punkt. Bardzo podoba mi się to, że Benedykt XVI bazuje na tym, co rozpoczął Jan Paweł II. Można powiedzieć, że Benedykt XVI kroczy śladami Jana Pawła II. Niemiecki Papież kontynuuje dzieło Papieża Polaka. I nikt nie mógłby tego czynić tak prawdziwie, jak właśnie Papież z Niemiec. Ta pielgrzymka była bardzo ważna, bo w ostatnim czasie mieliśmy parę nieporozumień, które trzeba było wyjaśnić. Dlatego dobrze się stało, że Benedykt XVI nie zrezygnował z tej pielgrzymki i przyjechał do Ziemi Świętej – uważa Hesemann.
- Ojciec Święty w każdym przemówieniu - w Jordanii, Palestynie i Izraelu - mówił o pokoju. Czy, Pana zdaniem, te słowa będą miały pozytywne skutki na tej ziemi? - To jest bardzo trudne pytanie. Bardzo pragnęliśmy, by mieszkańcy Ziemi Świętej posłuchali Jana Pawła II, który takie samo przesłanie zostawił im w 2000 roku. Wtedy była wielka atmosfera ogromnej radości i wielkiej nadziei. Ale to wszystko zostało zniszczone wkrótce przez drugą intifadę... Teraz możemy tylko modlić się i mieć nadzieję, żeby ziarno rzucone w ziemię przez Benedykta XVI wydało plon. Pokój będzie dany tym, którzy tego pragną. Tak jak w Betlejem mówili aniołowie, tak przypomniał to Papież: "Pokój ludziom dobrej woli". Żeby tu nastał pokój, potrzeba dużo dobrej woli ze wszystkich stron...
- Papież przybył tutaj przede wszystkim do zamieszkujących tę ziemię katolików jako ich Najwyższy Pasterz. Jest to niewielka wspólnota, która ma jednak duże znaczenie. Wiemy, że w ostatnim czasie wielu jej członków opuściło Ziemię Świętą... Tych, którzy pozostali, Benedykt XVI zachęcał, by mieli odwagę tu zostać i pracować dla dobra wspólnego... - Jest rzeczą bardzo ważną, by katolicy tutaj zostali. By ta 2000-letnia obecność trwała. Bo gdy nie będzie tu modlitwy chrześcijan, grozi to tym, że te miejsca mogą stać się zwykłymi zabytkami, będącymi niczym więcej niż turystyczną atrakcją. Problem w tym, że katolicy nierzadko są z tych miejsc wyrzucani. Dlatego trzeba więcej uwagi przywiązywać do niesienia pomocy obecnym tu katolikom. Najważniejsza jest solidarność katolików świata z katolikami żyjącymi na tej ziemi! Musimy ich wspierać, by oni chcieli tutaj zostać – podkreśla pisarz.
Trybuna: Między politycznymi minami [Papież zakończył pielgrzymkę do Ziemi Świętej]
Benedykt XVI zakończył w piątek swą podróż w Ziemi Świętej. To na pewno najtrudniejsza dotąd jego wizyta zagraniczna. Odwiedził bowiem ziemię trzech religii monoteistycznych, które mimo wysiłków pojednania pozostają w konflikcie. Dlatego Benedykt XVI idąc śladem swego poprzednika nawoływał do dialogu i porozumienia, o czym mówił podczas spotkań z przedstawicielami chrześcijaństwa, islamu i judaizmu – czytamy w Trybunie.
Uderza jednak, że te apele były bardzo ogólnikowe, starannie pomijające wciąż istniejące różnice. Dzięki temu nikogo nie zrażały, ale i nie posunęły sprawy do przodu. Benedykt XVI ograniczył się do wezwania o pokój i utworzenie państwa palestyńskiego. W swych wystąpieniach uznał jednak, że to, czego doznała ludność palestyńska, było i jest cierpieniem. Poparł niepodległościowe aspiracje palestyńskie wzywając jednocześnie do zerwania z przemocą.
Tonacja deklaracji papieskich w sprawie palestyńskiej nie mogła zadowolić części sił politycznych Izraela, przede wszystkim rzeczników zagarnięcia całej Palestyny. Był to jeden z istotnych powodów krytycznych głosów, które wytykały papieżowi brak skruchy za wielowiekowe prześladowanie żydów, brak potępienia Holokaustu przez Piusa XII, odwołanie ekskomuniki lefebrystów, wśród których podważa się Zagładę. Nawet formę potępienia antysemityzmu przez Benedykta XVI tu i ówdzie uznano za zbyt łagodną – od papieża z Niemiec, który jako młody człowiek był świadkiem zbrodni hitlerowskich, oczekiwano czegoś więcej, nawet przeprosin - czytamy.
Drogi papieskiej podróży bliskowschodniej były najeżone politycznymi minami. Dały one o sobie znać, ale żadna z nich nie eksplodowała. Jest to zasługą Benedykta, który okazał się zręcznym dyplomatą – podsumowuje Trybuna.
Adam Michnik o swojej książce „Kościół, lewica, dialog”
Gazeta Wyborcza: Kościół, Michnik, Dialog
Na łamach Gazety Wyborczej Adam Michnik opowiada Romanowi Kurkiewiczowi o swojej książce pt. „Kościół, lewica, dialog” oraz o tym, jak postrzega dzisiejszy Kościół.
- Cofnijmy się o 30 lat – zaczyna rozmowę Kurkiewicz. - Młody Adam Michnik kończy pierwszą książkę „Kościół, lewica, dialog”. Gdybyś wówczas mógł mieć wieczór autorski, jak by on wyglądał? - Już dawno byłaby tutaj policja – odpowiada Michnik. - Wtedy, w Krakowie, na spotkaniu u Bogusia Sonika oni naprawdę wtargnęli. Geneza książki jest prosta. Rok 1968 był końcem złudzeń o możliwości reformy komunistycznego państwa. To było przecięcie pępowiny, która łączyła oświeceniowe, lewicowe i demokratyczne środowiska inteligencji z władzą. Wyróżnikiem tych środowisk była głęboko antyklerykalna tradycja Polaka radykała. Ciągnęła się od Oświecenia, od Stanisława Kostki Potockiego i jego „Podróży do Ciemnogrodu”, od „Polsko, twa zguba w Rzymie” Słowackiego, poprzez pozytywistów, socjalistów, Waryńskiego, Brzozowskiego, po dwudziestolecie z PPS i Boyem-Żeleńskim, aż po pisarstwo marksistowskie, zwłaszcza październikowe. Głównym autorem był Leszek Kołakowski. Pamiętam zaskoczenie, gdy przeczytałem esej Kołakowskiego „Rewanż sacrum”. Zacząłem się zastanawiać, czy coś w moim myśleniu było nie tak. Wtedy wyszła też książka Bohdana Cywińskiego „Rodowody niepokornych”, sięgnęliśmy do okupacyjnej i powojennej eseistyki Jana Strzeleckiego, jego refleksji na temat personalizmu chrześcijańskiego. W„Kulturze” paryskiej ukazał się wybór pism Simone Weil z ważnym wstępem Czesława Miłosza. Zaczął nas interesować Kościół, w którym ujrzeliśmy siłę antytotalitarną. Pamiętam świetny esej Tadeusza Mazowieckiego o Bonhoefferze, w którym wybór chrześcijaństwa był pokazany jako wybór antynazistowski. Także sam fenomen religii wydał nam się wart nowego przemyślenia. To wszystko było na początku lat 70. Długo przed falą, która przyszła do Polski z wyborem papieża, z „Solidarnością”, ze stanem wojennym. Mieliśmy poczucie, że kroczymy po nieznanym lądzie. I któregoś razu od naszych przyjaciół z emigracji – jednym z inspiratorów tego przedsięwzięcia był Alik Smolar – otrzymaliśmy taśmę magnetofonową z nagranymi pytaniami. Niepokoiło ich, czy nie zaplątaliśmy się w pułapki Kościoła katolickiego i religii.
- Z Jackiem Kuroniem wpadliśmy na pomysł, żeby im odpowiedzieć – wspomina Adam Michnik. - Każdy miał coś napisać. To złożyło się na specjalny numer „Aneksu”, wzbogacony znakomicie o wstęp Leszka Kołakowskiego. Były tam teksty Kuronia, Teresy Boguckiej i innych. Siostry z Lasek powiedziały: przyjedź do nas. Siedziałem tam z pięć miesięcy, tam tę książkę skończyłem. Był rok 1976.
- Pracując nad tą książką, zmieniałem swój stosunek ido Kościoła, i do religii – opowiada Michnik.- Jakby pisanie zmieniało mnie samego. Ta książka była pisana z poczucia winy. Miałem poczucie, że formacja, z której się wywodzę, miała fałszywy stosunek i do religii, i do Kościoła. I że powinna z tego fałszu się rozliczyć. Jakieś dziesięć lat temu napisałem w„Gazecie” esej „Kościół, prawica, monolog”, który był pewnym zwieńczeniem moich ówczesnych wysiłków. Nie wypieram się tej książki, ona do pewnego stopnia okazała się trafną prognozą. Na krótszą metę. Na długą mam poczucie porażki. Moje nadzieje, że polski Kościół będzie Kościołem Ewangelii bardziej niż Kościołem instytucji, się nie sprawdziły. Dziś więcej jest we mnie pokusy antyklerykalnej niż wysiłku rozumienia. Gdy czytam większość pism, które się identyfikują z katolicyzmem, mam poczucie obcości i niepokoju. Tego poczucia nie miałem, przez lata czytając „Tygodnik Powszechny”, „Więź” i „Znak” czy encykliki i homilie Jana Pawła II. Coś się zmieniło. Adam Szostkiewicz napisał w„Polityce” artykuł, w którym użył sformułowania „de- Wojtylizacja polskiego katolicyzmu”. Myślę, że coś w tym jest.
- Mówiłeś o powstawaniu książki, jakby była dziełem zbiorowym. Na ile „Kościół, lewica, dialog” był twoją samodzielną refleksją, a na ile efektem atmosfery tamtych czasów? – pyta Kurkiewicz. – Napisałem ją ja i tylko ja mogę brać za nią odpowiedzialność. Ale niewątpliwie była rezultatem rozmów w pomarcowym środowisku, i to zarówno z ludźmi mojej generacji, jak i starszymi. To, że ten temat wtedy na nowo ożył, było związane z postawą środowiska „Znaku”, które w1968r. zachowało się wspaniale. I też z listem pasterskim biskupów, który tak samo bronił studentów. Nie wszystko w ówczesnym Kościele było takie, jak bym sobie marzył. I o tym w tej książce też jest mowa.
- Wróćmy do trafności zawartej w książce diagnozy. Nazwałeś ją krótkoterminową. Ile to było? 13 lat? – Nie jestem aż tak szalony, żeby uważać, że proces, który zaistniał w polskiej kulturze w tym okresie, był rezultatem mojej książki. To raczej książka wpisała się w ten proces. Stało się coś niesłychanie interesującego. Tradycyjne w duchowości polskiej pęknięcie – podział na Polaka radykała i Polaka katolika –zaczęło się zwężać. Zaczęło się spotkanie, które władze komunistyczne doprowadzało do wściekłości. Dlatego że chętnie rozgrywały jednych przeciw drugim. A tu nagle zaczął się formować wspólny, ponad wyznaniowy front antytotalitarny. Jakby duch chrześcijaństwa i duch oświecenia podały sobie ręce. To był bardzo ważny moment w historii Polski. Dodam z pewną megalomanią, że moja książka narzuciła plan tej debaty. Pamiętam, jak zareagował na nią mój przyjaciel Józef Tischner. Z jednej strony ocenił ją życzliwie, ale z drugiej strony niesłychanie ostro skrytykował. Powiedział, że trzeba na głowę upaść, żeby uwierzyć, że ktoś, kto o sobie mówi „lewica laicka”, może uzyskać w Polsce mandat do parlamentu czy do rady miejskiej. Przypomniałem mu te słowa w 1993 r., kiedy SLD wygrał wybory. „Naprawdę pisałem takie głupstwa?” –zapytał.
- Wróćmy do tego dobrego czasu dla twojego pomysłu. Trzeba by spojrzeć na końcówkę lat 70., moment po wyborze papieża, i na lata 80., jakkolwiek nieprzyjemne by one były. – W latach 80. budynek Kościoła był niesłychanie ważnym miejscem dla sprawy polskiej.
- To zbliżenie, które się wtedy dokonało, dla wielu było zaskoczeniem. Dlaczego potem tak szybko się skończyło? Dlaczego ten Kościół, do którego poczułeś taką miętę, który nazywasz ewangelicznym, którego przyczółki dobrze znałeś – czy to była „Więź”, czy „Znak”, czy „Tygodnik Powszechny”, dlaczego ten Kościół dziś przegrał? – Jest w mniejszości. Jak wiadomo, Kościół istnieje dwa tysiące lat z okładem, więc trudno...
- Nie mów do mnie biskupem. – Czemu mam nie mówić biskupem, jeżeli już się tych biskupów naczytałem – mówi Michnik. - Tu nigdy nie ma definitywnych porażek i definitywnych zwycięstw. To, co się dziś dzieje w polskim katolicyzmie, oceniam jako regres w stosunku do tonu, który proponowali Jan Paweł II, Tischner, Turowicz, Mazowiecki. A dlaczego tak jest? Ma to prawdopodobnie przyczyny partykularne i bardziej generalne. Zabrakło Jana Pawła II. I jeszcze jedno. Kościół polski, jak całe społeczeństwo polskie w okresie komunistycznym, znajdował się w zamrażarce. Kiedy w 1989 r. zepsuła się lodówka, wszystko zaczęło śmierdzieć. Nagle usłyszeliśmy głosy, których nigdy przedtem z ust kościelnych nie słyszałem. A jeżeli słyszałem, miałem wrażenie, że to jakaś bolszewicka piąta kolumna w Kościele. Ten głos mnie przeraził. To był bardzo radykalny głos, odwołujący się do tradycji endeckiej. W środowiskach katolickich pojawiło się myślenie: do 1989 r. rządzili komuniści, a teraz jest czas na katolików. Za tym szły określone postulaty materialne, żeby oddawać Kościołowi na własność budynki użytku publicznego. Zaczęło to zmieniać wizerunek Kościoła.
- Jednocześnie przyszła wolność mediów – mówi dalej Michnik. - Na początku o Kościele dobrze albo wcale. Ale pojawiła się krytyka. Najpierw pazerności – materialnej i instytucjonalnej. Gdy byłem posłem w kontraktowym Sejmie, już wyczuwałem presję ze strony Episkopatu na kształt ustaw. Ta presja była skuteczna. Wyczuwałem presję na te środowiska katolickie, które były niezależne. Pamiętam moment, kiedy kardynał Macharski pozbawił „Tygodnik Powszechny” asystenta kościelnego. To był czytelny sygnał. Po tym proboszczowie wstrzymali prenumeratę „Tygodnika”. Rozpoczął się wielki konflikt o ustawowo gwarantowane zasady etyki seksualnej, o aborcję, rozwody. Aż w kościołach zaczęto rozdawać kartki z instrukcjami, na kogo głosować. I wypowiedź abp Michalika, że katolik ma głosować na katolika, Żyd na Żyda, komunista na komunistę. Tego języka nie znałem wcześniej. Do tego trzeba dodać listę skandali obyczajowych, na które Kościół reagował tradycyjnie, jak za komuny, czyli zamiataniem pod dywan. I problematyka lustracyjna. Mieliśmy bezprecedensowy w historii polskiego katolicyzmu skandal z abp Wielgusem. Jeżeli to wszystko razem na siebie nałożyć, wyraźnie można odnieść wrażenie, że Kościół wrócił do języka oblężonej twierdzy. Kiedyś Jerzy Turowicz napisał esej „Kościół nie jest łodzią podwodną”. Mam wrażenie, że Kościół przekształca się w łódź podwodną. Mocno opancerzoną. Oczywiście niecały Kościół. Przyznam, że wierzyłem, iż jest w Polsce silny syndrom etyki laickiej. Demokratycznej, liberalnej na wzór francuski. A tego w Polsce jednak nie ma. Ten język, tę symbolikę skompromitował komunizm. Muszą ze dwa pokolenia minąć, żeby pewne słowa i gesty czy zachowania nie kojarzyły się z dyktaturą komunistyczną. Dlatego w jakimś sensie rozumiem te kościelne lęki. Z drugiej strony też rozumiem – i podzielam – lęki przed pewną formą Kościoła. Dzisiaj ten obszar rozmowy jest wyjątkowo wprost zabagniony. Po obu stronach górę biorą nieporozumienia, nieufności, niechęci. A gdy ktoś próbuje jednak rozmawiać, dostaje po pysku od jednych i od drugich. Jestem tego świetnym przykładem. Niedawno tu, w tej sali, feministki nasze mi tak zdjęły spodnie przez głowę za to, że jestem agentem Kościoła katolickiego. A z drugiej strony jest „Nasz Dziennik”. Tam w ogóle nie ma żadnego pola do rozmowy. Rydzyk locutus, causa finita. Coraz bardziej przesuwa się w obrębie katolicyzmu granica tego, co dozwolone. Znacznie łatwiej dzisiaj być Ryszardem Benderem czy posłem Górskim, który ogłosił zwycięstwo Baracka Obamy jako koniec cywilizacji białego człowieka, niż Jerzym Turowiczem czy ks. Józefem Tischnerem.
- Jak się ustawia ten podział tak radykalnie – albo Rydzyk, albo Turowicz – to jest przepaść nie do zasypania. Problemem wydaje się to, że całe centrum Kościoła przesunęło się na prawo. Takie niedobre prawo. Ty nazywasz to Rydzykiem, ale to też nie jest cały Kościół. – Poszerzył się zakres tego, co tolerowane – wskazuje Michnik. Jeszcze kilka lat temu na temat Rydzyka mówił prymas Glemp, mówił kard. Dziwisz. Dziś już tego języka nie słyszysz. Nie dlatego, że Radio Maryja zmieniło ton, bo nie zmieniło. Tendencja jest niedobra. Ale w gruncie rzeczy mam mniejszą pretensję do Kościoła, większą do klasy politycznej. Mam wrażenie, że przez jej istotną część Kościół i religia są traktowane w sposób instrumentalny. Dla mnie problem debaty o Kościele jest problemem fundamentalnym. W dużej mierze polskie społeczeństwo będzie takie jak polski Kościół, jak polski katolicyzm. I im bardziej integrystyczny będzie polski katolicyzm, tym bardziej konserwatywne i nie znajdujące odpowiedzi na znaki czasu będzie społeczeństwo polskie – uważa redaktor naczelny Gazety.
WYDARZENIA
Polska
Polska: Wybory będą w kaplicy, bo remiza zajęta na wesele
"Mieszkańcy wsi Oleśnik pod Bełchatowem (woj. łódzkie) kręcą z niedowierzaniem głową i załamują ręce. Władze gminy w miejscowej kaplicy planują zrobić punkt wyborczy w głosowaniu do Parlamentu Europejskiego. Ludzie uważają to za profanację świątyni, która nie jest przecież miejscem przeznaczonym do uprawiania polityki" - podaje Polska.
– Tutaj ludzie przychodzą się modlić, a teraz przy ołtarzu będzie siedzieć komisja wyborcza – lamentuje Maria Dubiel. –Trzeba będzie zakryć cały ołtarz i krzyże, za to wywiesić biało-czerwone flagi. To jest wszystko bardzo dziwne. Zastanawiam się, dlaczego nie można było wybrać innego miejsca na okazję wyborów? Mała kaplica w Oleśniku wewnątrz przypomina mały wiejski kościółek. Jest krzyż, ołtarz, są obrazy świętych i ławki dla parafian. Przy wejściu wisi pamiątkowa tablica upamiętniająca poświęcenie kaplicy. Teraz w historii świątyni zapisana zostanie kolejna karta. – Dom Boży zamienią w dom wyborczy z polityką w tle – mówi Maria Dubiel. – Nie wiem, jak katolik powinien w kaplicy zachować się na wyborach.Czy najpierw pomodlić się, czy od razu głosować? – zastanawia się kobieta. I grozi: – Na pewno tej sprawy w ten sposób nie pozostawimy. Komentarze w podobnym tonie można usłyszeć od pozostałych mieszkańców wioski. Wielu z nich nie potrafi zrozumieć mocno kontrowersyjnej decyzji władz gminy, ale skarżąc się „Polsce”, woli zachować anonimowość.
Inne zdanie na temat zastosowania kaplicy mają władze gminy, do których budynek należy. –To jest świetlica przystosowana do odprawiania mszy świętych dla starszych osób, nie widzę żadnej przeszkody, aby nie mogły się tam odbyć jakiekolwiek wybory – mówi Grzegorz Kępa, wójt gminy Bełchatów. – Nie mogę lekką ręką przenieść ani zlikwidować obwodowej komisji wyborczej, bo ludzie będą musieli dojeżdżać do innej miejscowości kilka kilometrów. Okazuje się, że problemu wcale by nie było, gdyby nie wesele w pobliskiej remizie strażackiej, które zaplanowano akurat w terminie wyborów.
Ostrożnie w całej sprawie wypowiadają się przedstawiciele Kościoła. Ks. Janusz Krakowiak, dziekan dekanatu bełchatowskiego, mówi, że cała sprawa „wymaga rozwagi”. – Przyjąłem delegację mieszkańców, o problemie poinformowałem już kurię w Łodzi. Myślę, że cała sprawa wymaga dialogu, a wówczas porozumienie nastąpi – mówi dyplomatycznie ks. Krakowiak. – Z drugiej strony budynek należy do gminy. Wewnątrz kaplicy nie ma Najświętszego Sakramentu, tak więc o profanacji w tym wypadku nie może być mowy – uspokaja duchowny. Kuria Archidiecezji Łódzkiej w komentowaniu zamieszania z wyborami w Oleśniku wykazuje dużą powściągliwość. – Kto jest właścicielem budynku, ten ma prawo decydować, ale wszystko pozostaje w gestii dialogu między parafianami, proboszczem i wójtem. Wszyscy powinni szukać porozumienia – mówi przedstawiciel łódzkiej kurii.
Dziennik: Rydzyk: dziergajcie moherowe bereciki [na pielgrzymkę Radia Maryja]
Ponad sto tysięcy ludzi z moherowymi beretami będzie w środku lata pielgrzymować na Jasną Górę. To nie happening przeciwników Radia Maryja, którzy słuchaczy tej rozgłośni nazywają prześmiewczo „moherowymi beretami”, lecz ak cja o. Tadeusza Rydzyka, który chce wykorzystać popularność tego określenia.
Choć pielgrzymka ma się odbyć dopiero 12 lipca, o. Rydzyk już mobilizuje na nią środowisko Radio Maryja. Ale oprócz zwykłego zaproszenia, wystosował do swoich słuchaczy również apel. „Prosimy zdolne panie i panów o robienie i przesyłanie do Radia Maryja małych moherowych berecików o średnicy 5 cm, które przyczepimy sobie na Jasnej Górze na naszych ubraniach. Prosimy o wiele tysięcy tych berecików” – wzywa o. Rydzyk. I dalej informuje, że każdy berecik opatrzony zostanie stemplem Radia Maryja i napisem „Kocham Pana Boga, Kościół, Polskę, ludzi”. Bereciki należy przesyłać do 30 czerwca. O. Rydzyk obiecuje nagrodę – małe srebrne odznaki Radia Maryja – tym, którzy wykonają ich najwięcej.
– To bardzo inteligentny ruch. Dzięki niemu pojęcie używane przeciwko temu środowisku zostaje odwrócone na jego korzyść – chwali antropolog kultury prof. Waldemar Kuligowski. – Zamiast obrażania się czy podawania do sądu, dowartościowują coś, co było inwektywą, i wytrącają przeciwnikowi oręż z ręki – ocenia. Jego zdaniem gdyby inne środowiska częściej stosowały taką metodę jako odpowiedź na ataki, jakość dialogu w życiu publicznym byłaby dużo wyższa.
Polska - Gazeta Krakowska: W kościele Mariackim odkryto renesansową płytę nagrobną
Niesamowitego odkrycia dokonali konserwatorzy przy okazji renowacji posadzki w bazylice Mariackiej w Krakowie. Między prezbiterium a nawą główną, pod ławką, przykryta warstwą cementu, ukryta była XVI-wieczna, płaskorzeźbiona płyta nagrobna. Prawdopodobnie przedstawia postać któregoś z biskupów. - Nie mamy możliwości zidentyfikowania sportretowanej osoby, bo płyta jest uszkodzona - wyjaśnia Elżbieta Knasel-Olko z Zarządu Rewaloryzacji Zespołów Zabytkowych Krakowa. - Nie zachował się też herb, na podstawie którego moglibyśmy coś więcej wnioskować. Z dokumentów źródłowych wynika jednak, że znajdowało się tam miejsce pochówku jednego z biskupów - dodaje. Płyta jest głęboko rzeźbiona, co może wskazywać, że była fragmentem ściany. - Trzeba przeprowadzić szereg badań, muszą wypowiedzieć się historycy - zaznacza Knasel-Olko. - Płyta prawdopodobnie zostanie w tym miejscu, w którym ją znaleziono.
Prace w bazylice Mariackiej trwają od 2007 r. W tym czasie odnowiono całą XVIII-wieczną posadzkę. Wymieniono najbardziej zniszczone fragmenty pod ławkami. Przy wejściu od strony zachodniej płyty były już mocno zapadnięte. Do uzupełnienia braków użyto czarnego marmuru dębnickiego, identycznego z tym, który znajdował się w bazylice dotychczas. Ks. Bronisław Fidelus, proboszcz parafii Mariackiej, ocenia prace pozytywnie. - Najważniejsze, że ich nie widać - mówi. - Na tym polega ich wielkość. Płyty są nowe, ale tak idealnie dopasowane, że osoby, które wchodzą, nie zauważają, że coś zostało zmienione.
Gazeta Wyborcza Opole: Mój Opolanin 20-lecia. Ksiądz Lubieniecki ma ogromne serce
Tytuł Opolanina na 20-lecie wolnej Polski powinien otrzymać - według Zdzisławy Bernaś-Kośny - pracownik biblioteki wojewódzkiej w Opolu, ksiądz Zygmunt Lubieniecki. - Jest człowiekiem z naprawdę ogromnym sercem - uzasadnia. - Jest wrażliwy na krzywdę innych ludzi, pomaga tym, którzy tego najbardziej potrzebują: dzieciom, bezdomnym.
Pani Zdzisława ceni to, że ksiądz wspomaga domy dziecka i domy opieki społecznej, otacza troską tych wszystkich, dla których to konieczne. Organizuje też od wielu lat wigilię dla bezdomnych. A przy tym wszystkim zacieśnia więzy między parafianami. - Uważam, że jest to ksiądz z pasją - przekonuje pani Zdzisława. - Ma prawdziwe powołanie i to co robi, to robi z przekonania, z sercem.
Wolny czas pani Zdzisława spędza w gronie rodziny i znajomych. Lubi też chodzić po górach i jeździć na nartach. Dużo podróżuje - to jej pasja - ale nigdy nie sama, zawsze z najbliższymi. Dlatego też podoba jej się inicjatywa księdza, który przed Bożym Narodzeniem tworzy żywą szopkę na placu koło kościoła.
- Niezwykłe są te żywe szopki, które organizuje każdego roku w Szczepanowicach - dodaje. - To już stało się tradycją dla wielu rodzin, że idą tam, by wspólnie kolędować. Wydaje mi się, że teraz święta są coraz mniej rodzinne, a taka szopka i wspólne kolędowanie przy niej pogłębia nastrój świąteczny, dla wielu jest okazją, by pobyć z bliskimi. I to jest piękne.
Gazeta Wyborcza Olsztyn: Jak wywabić plamy z muru olsztyńskiej katedry
Rekonstruowany na przełomie lat 90. i dwutysięcznych mur obronny trzeba poprawić, bo pojawiły się na nim białe plamy. To prawdopodobnie ślady substancji, które są wynikiem zawilgocenia budowli. Okazuje się że zrekonstruowane niedawno umocnienia dużo gorzej znoszą upływ czasu od tych, które wybudowano w średniowieczu. Zjawisko zaniepokoiło konserwatorów. W tym roku jest szczególnie dobrze widoczne, a zacieki szpecą odbudowane mury - Licówka jest mokra, a z muru wypłukiwana jest zaprawa - mówi Anna Juszczyszyn, miejski konserwator zabytków. - Trzy lata temu także pojawiła się plama, jednak po jej usunięciu wyglądało na to, że wszystko będzie w porządku. Niestety, zjawisko się nasiliło od czasu, gdy w pobliżu powstał budynek na fundamentach dawnej baszty. Nie wystarczy wyczyścić muru. - Nie ma sensu tego robić w tym momencie. Żeby zatrzymać proces najpierw trzeba poznać przyczyny zaciekania - mówi Anna Juszczyszyn.
Dziennik Polski: Międzynarodowy festiwal chórów
Konkurs zespołów chóralnych, seminaria, warsztaty oraz koncerty – dziś w Krakowie rozpoczyna się IV Międzynarodowy Festiwal Chóralny Cantate Domino. Dwudniowa impreza poświęcona została pamięci Josepha Haydna w 200. rocznicę jego urodzin. Festiwal, zorganizowany przez Akademię Muzyczną, PAT, Międzyuczelniany Instytut Muzyki Kościelnej, Archidiecezjalną Szkołę Muzyczną, Polską Federację Pueri Cantores oraz Pro Musica Mundi, otworzy dziś seminarium „Joseph Haydn w słowach i dźwiękach”. Atrakcją festiwalu będą koncerty. Dziś w kościele oo. Jezuitów Chór Kantorei Sankt Barbara oraz Orkiestra L’Estate
Armonico zaprezentują podczas mszy świętej „Kleine Orgelmesse Haydna”, zaś później „Exultate Jubilate” Mozarta i „Te Deum” Haydna. Zespoły i solistów (Belinda Laukota, Julia Przyborowska, Michał Staromiejski) poprowadzi Wiesław Delimat. Najważniejszym punktem festiwalu będzie konkurs, do którego przystąpi osiem zespołów. Podczas niedzielnych przesłuchań w Akademii Muzycznej każdy chór przedstawi 15-minutowy program a cappella. Zwycięzców poznamy na koncercie laureatów w niedzielę wkatedrze na Wawelu. Finałem będzie wspólne wykonanie przez uczestników konkursu „Te Deum” Josepha Haydna z udziałem Orkiestry L’Estate Armonico pod batutą Stanisława Krawczyńskiego.
Zagranica
Polska: Blair zreformuje światowe religie
"Od kiedy za Tonym Blairem zamknęły się drzwi do polityki, były premier szuka dla siebie nowego zajęcia. Ostatnio postanowił zająć się religią. Jego Fundacja Wiary miała promować „szacunek i zrozumienie dla największych religii”. Pomysł sam w sobie letni, ale Blair popełnił błąd, bo nie porozumiał się wcześniej z hierarchami kościelnymi. Papieska Akademia Nauk Społecznych, czyli grupa naukowców, wśród których znajduje się między innymi noblista Joseph Stiglitz, skrytykowała go za próbę dostosowania wiary do potrzeb polityki" - czytamy na łamach Polski. „Blair będzie chciał przerobić religię, tak jak jego kolega Obama chce przerobić społeczność międzynarodową”, ostrzegłaAkademia.
Polska: Katolicki seks po polsku robi furorę
"Nieczęsto polscy katolicy mogą zaskoczyć mniej pruderyjne społeczeństwa nowatorskim podejściem do seksu. Udało się to księdzu Ksaweremu Knotzowi, którego książka „Seks jakiego nie znacie” wzbudziła duże poruszenie w Stanach i Wielkiej Brytanii. Chociaż na razie nic nie wiadomo o zbliżającym się tłumaczeniu na angielski, same doniesienia o książce, w której mnich kapucyn tłumaczy, że katolickie małżeństwa mają moralne prawo do łóżkowych eksperymentów, stały się jednymi z najpopularniejszych wiadomości w serwisach prasowych. Jak podaje AP, mimo że ojciec Knotz żyje w celibacie, to swoje doświadczenia opiera na pracy w poradni małżeńskiej" - czytamy na łamach Polski.
KOMENTARZE, OPINIE, WYWIADY
Rzeczpospolita: Żyd dźwiga krzyż
"Ocaleli z Holokaustu mają w Izraelu status świeckich świętych. Chyba że przy okazji nawrócili się na katolicyzm. Wtedy nikt nie chce o nich słyszeć" - pisze Piotr Zychowicz z Tel Awiwu.
Grzegorz Pawłowski i jest katolickim księdzem. 70 lat temu nosił inne imię i nazwisko: Hersz Griner. Urodził się w 1931 roku w Zamościu w religijnej żydowskiej rodzinie. Ojciec miał sklep z opałem, w lecie dzierżawił owocowy sad. To właśnie podczas przedwojennych wakacji na wsi mały Hersz, bawiąc się z chłopskimi dziećmi, nauczył się polskiego. Wkrótce miało mu to uratować życie. "Rozmawiamy w mieszkaniu księdza Pawłowskiego na piątym piętrze bloku mieszkalnego w Tel Awiwie. Kanapa, dwa fotele, telewizor i biurko. Na ścianie tkanina przedstawiająca Jezusa Chrystusa. A na drzwiach wejściowych dwa nazwiska. Grzegorz Pawłowski i pod spodem Zvi Griner (po hebrajsku)" - opisuje Zychowicz. Hersz Griner uciekł z getta, został uratowany przez Polaków. Kilka rodzin, które – przez dłuższy lub krótszy czas – ukrywały go w swoich domach. Karmiły, szyły ubrania i buty, a wreszcie nauczyły pacierza. Początkowo katolickie modlitwy miały być tylko elementem kamuflażu przed Niemcami, ale szybko chłopiec zaczął modlić się naprawdę. Gdy skończyła się wojna, trafił do sierocińca w Tomaszowie Lubelskim. Przez pewien czas nie przyznawał się do żydowskiego pochodzenia. – Powiedziałem o tym dopiero przed Pierwszą Komunią. Poszedłem do księdza i ze łzami w oczach przyznałem, że tak naprawdę nigdy nie byłem ochrzczony – mówi. Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Chrzest, komunia, kilkuletni pobyt w gimnazjum, po którym poczuł powołanie. Seminarium w Lublinie ukończone w 1958 roku i posługa w kilku parafiach.
– Dlaczego wyjechałem do Izraela? Bo jestem Żydem! Tutaj jest moje miejsce. Czułem, że muszę pracować wśród swoich. Problem w tym, że z Polski wyjechałem jako Żyd, a do Izraela przyjechałem jako Polak... – mówi. Izraelczycy stoją bowiem na stanowisku, że Żyd, który nawrócił się na chrześcijaństwo, przestaje być Żydem. Ksiądz Pawłowski miał kłopoty z uzyskaniem obywatelstwa, nie przyznano mu praw nowego imigranta. Nie dostał państwowej pożyczki i mieszkania, nie mógł kupić samochodu zwolnionego od cła. Również rodzina naciskała na niego, żeby porzucił wiarę katolicką i powrócił do judaizmu. Do dzisiaj ksiądz Pawłowski, aby nie drażnić swoich krewnych i sąsiadów, nie chodzi w koloratce i nie nosi na piersi krzyżyka - czytamy. Na łamach Rzeczpospolitej opisane są także historie Krystyny Carmi i siostry Pauli.
Katolicka społeczność w Izraelu liczy obecnie około 400 osób. Część z nich to członkowie mieszanych, katolicko-żydowskich małżeństw, część to ocaleli z Holokaustu, których ochrzczono podczas wojny, jeszcze inni po prostu sami się nawrócili - czytamy dalej. Jeszcze w latach 50. i 60. żydowskich katolików w Izraelu było dziesięć razy więcej. Członkowie społeczności jednak wyemigrowali, porzucili wiarę lub po prostu wymarli. Dziś niewielu Izraelczyków wie, że w ich kraju mieszka niewielka społeczność, która używając języka hebrajskiego, modli się do Jezusa Chrystusa i odprawia katolickie msze święte. Ci, którzy o tym wiedzą, są do niej nastawieni raczej negatywnie. Swego czasu w Izraelu głośna była sprawa brata Daniela. Polskiego Żyda z Oświęcimia, który urodził się jako Oswald Rufeisen. W młodości syjonista, podczas Holokaustu nawrócił się na katolicyzm. Do Izraela przyjechał w latach 50. już jako mnich karmelita. Gdy Izrael zdecydowanie odmówił mu przyznania obywatelstwa na mocy tak zwanego prawa powrotu (a więc de facto odmówił mu prawa do bycia Żydem), ojciec Daniel zaskarżył tę decyzję w sądzie. Sprawa doszła nawet do Sądu Najwyższego, który przyznał rację władzom. Ostatecznie brat Daniel, który zmarł w 1998 roku, dopiero po wielu latach otrzymał izraelskie obywatelstwo przez naturalizację. – Rzeczywiście dla wielu Izraelczyków nasze istnienie jest nie do przyjęcia – mówi zwierzchnik społeczności hebrajskich katolików ks. David Neuhaus. – I nie chodzi tu tylko o to, że żydowskość jest dla nich ściśle powiązana z judaizmem. W Izraelu jest bowiem bardzo wielu ateistów, są nawet buddyści i nikt nie ma nic przeciwko temu. Problemem jest nasz katolicyzm, za którym, między innymi z powodu zaszłości historycznych, Żydzi nie przepadają.
Nasz Dziennik: Na szczęście jest Benedykt XVI [Tygodniowy przegląd mediów]
Mieszanka żenującej porcji codziennego politycznego ujadania, partyjnego szarpania za rękawy w świetle kamer i nadstawionych przez spoconych dziennikarzy mikrofonów zepchnęła na dalszy plan 13 maja - 28. rocznicę zamachu na życie Jana Pawła II, i wizytę Benedykta XVI w Ziemi Świętej – uważa dziennikarka Naszego Dziennika, Hanna Karp.
„Polska telewizja publiczna 13 maja w Jedynce, w tzw. prime time o godz. 20.20, przedstawiła widzom amerykański film pt. "Królowa XXL", czyli rzecz o problemach licealistki z nadwagą. Dwójka emitowała seriale, a o godz. 20.40 zaprezentowała w cyklu "Megakomedie" polski film pt. "U Pana Boga w ogródku". Nie zaproponowano nawet najprostszej publicystycznej dyskusji na temat rocznicy związanej z zamachem na Papieża Polaka, nie potrafiono też znaleźć żadnej interesującej formuły dyskusji o wizycie Benedykta XVI w Ziemi Świętej. W telewizjach komercyjnych nie należało spodziewać się czegoś lepszego. Polsat o godz. 20.00 emitował kolejne odcinki "Świata według Kiepskich", a TVN seriale śledcze, horror i infantylny humor Szymona Majewskiego” – pisze Hanna Karp.
„Jeśli chodzi o prasę, to o rocznicy zamachu na Papieża tego dnia nie wspomniał, choćby w najkrótszym komentarzu, ani springerowski "Dziennik", ani "Wyborcza", ani "Rzeczpospolita" – wylicza dziennikarka. - Natomiast "Polska. The Times" na 24 stronie w tytule obwieszczała "rewelacje": "Sowieci zwerbowali Agcę". Kim byli owi mityczni Sowieci, czytelnik już się z tekstu nie dowiedział. Nowością w artykule były jedynie sugestie, że nie są bezpieczni ci, którzy zajmują się zamachem”.
„W mediach za to pełno odwołań do Jana Pawła II przy okazji pielgrzymki Benedykta XVI do Ziemi Świętej. Chętnie porównywano pielgrzymkę obecnego Papieża do wizyty Jana Pawła II w Ziemi Świętej w 2000 roku. "Wyborcza" pisała: "Papież w Yad Vashem. Zabrakło mea culpa". Przedrukowując zarzuty dziennika "Haaretz", "Wyborcza" informowała w nagłówku: "Żydzi: Papież był nudny i banalny", to ocena przemówienia Benedykta XVI w instytucie Yad Vashem. Krytykowano fakt, że Papież nie powiedział nic o chrześcijańskim antysemityzmie i nie uznał za stosowne przyznać, iż bez niego naziści nie zdobyliby poparcia Niemców. Czytając gazety i słuchając telewizyjno-radiowych informacji i komentarzy, można było odnieść wrażenie, że Benedykt XVI udał się z pielgrzymką do Ziemi Świętej wyłącznie po to, by potępić chrześcijański antysemityzm, ganić akty nienawiści i przemocy wobec Żydów (tylko wobec nich) oraz wyrażać ubolewanie za całą dotychczasową, przesiąkniętą antysemityzmem kulturę i cywilizację chrześcijańską” – zauważa Karp.
Dziennik Polski: Więcej niż sprawiedliwość [Słowo na niedzielę - ks. Krzysztof Mądel SJ]
"Wielcy prawodawcy starożytności – Mojżesz, Solon i Hammurabi – zasłużyli sobie na wdzięczność potomnych przede wszystkim za swój obiektywizm. Promulgowane przez nich prawa nie były doskonałe, ba, bywały okrutne i silnie naznaczone kulturą swojej epoki, jednak ich wartość wynikała nie tyle z treści przyjętych zapisów, co raczej z ich uniwersalnej formy, korespondującej z potocznym wyczuciem sprawiedliwości i łatwiejszej w praktycznym zastosowaniu niż arbitralne dekrety lokalnych despotów. W czasach Jezusa sprawy miały się jednak nieco inaczej - pisze ks. Krzysztof Mądel, jezuita. - Ówczesna Palestyna przypominała dzisiejszą Europę, w której krzyżują się wpływy różnych kultur. Długa okupacja helleńska osłabiła przywiązanie Izraelitów do prawa mojżeszowego, a zakazy wydane przez Rzymian nie pozwalały na stosowanie poważniejszych sankcji za jego drastyczne naruszanie. W czasach Jezusa nikt się tym jednak specjalnie nie martwił. Chętnie pomstowano na Rzymian za to, że ograniczają zakres stosowania zasad Biblii, z drugiej jednak strony, nikt się nie kwapił do kamienowania cudzołożników czy bluźnierców, zwłaszcza że pierwszy z tych występków dawały pretekst do skorzystania z procedury rozwodowej, z której coraz chętniej korzystano. Eryk Voegelin nazwał ten stan cywilizacji „ekumenicznym” (!). Elity warbitralny sposób wykorzystują wnim wybrane elementy zastanych kultur wcelach politycznych, odrywając je tym samym od religijnego podłoża, z którego wyrosły, a bez którego de facto symbole tracą swój sens i skuteczność. Dla Voegelina prototypem takiej społeczności było imperium stworzone przez Aleksandra Macedońskiego, spojone wyłącznie na poziomie funkcjonalnym, co nadawało mu charakter gnostycki, wtórny, a w konsekwencji nietrwały. Voeglin doszukiwał się elementów gnozy wwielu ruchach społecznych nowożytnej Europy, w tym zwłaszcza w nazizmie i marksizmie, wskazując na ich osobliwe, pseudoreligijne wizje zbawienia, obejmujące niemal wszystkie aspekty ludzkiego życia, specyficzne formy obrzędowe, symbolikę i język. Propozycja Jezusa z Nazaretu zmierzała wzupełnie innym kierunku. Nie dążyła do porządkowania form zewnętrznych, lecz wyłącznie do rozwoju ludzkiego wnętrza, przywracania mu zdolności wyboru dobra zdefiniowanego przez Boga i wcielania go w życie" - czytamy.
Gazeta Wyborcza: Cameron wśród gejów
Sławomir Zagórski w Gazecie Wyborczej przedstawia sylwetkę i dorobek naukowy dr Paula Camerona, określanego tytułem największego wroga homoseksualistów w USA.
Jak czytamy, Cameron urodził się 9 listopada 1939 r. w Pittsburghu w stanie Pensylwania. Ukończył Los Angeles Pacific College, zrobił dyplom na stanowym Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. W 1996 r. uzyskał doktorat z psychologii na Uniwersytecie Colorado w Boulder. Przez kilkanaście lat pracował na kilku mało znaczących uczelniach (m.in. Stout State University, Fuller Graduate School of Psychology), w 1979 r. objął stanowisko profesora na Uniwersytecie Nebraska. Jeszcze w czasie pobytu w Fuller Graduate School w 1978 r. napisał niewielką książeczkę „Sexual Gradualism” [„Seksualne stopniowanie”], rodzaj chrześcijańskiego przewodnika dla nastolatków po seksie. O ile żadna z tego typu publikacji nie wchodzi w szczegóły na temat życia intymnego i wyłącznie odwodzi od przedmałżeńskiego seksu, o tyle Cameron wręcz namawiał w niej młodzież do odpowiedzialnego praktykowania, przestrzegając jednak, by w tych próbach nie posunęli się za daleko. Tłumaczył też, że podejmowanie stopniowych praktyk seksualnych ochroni ich przed homoseksualizmem.
„Sexual Gradualism” nie odniósł sukcesu. Książeczkę skrytykowali i konserwatyści, i liberałowie. Cameron zaś zaczął wyraźnie poszukiwać nowego pola do działania. Ostatecznie jego wybór padł na homoseksualizm. W 1980 r. Cameron opuścił uniwersytet i rozpoczął prywatną praktykę psychologiczną w Lincoln w stanie Nebraska. W 1982 r. rada miasta Lincoln zwróciła się do mieszkańców, by zagłosowali nad projektem zakazu dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Cameron walczył z całych sił, by do tego nie dopuścić. W jednej z wydanych wtedy broszurek napisał: „Homoseksualizm to zaraźliwy apetyt, który niesie osobiste i społeczne konsekwencje. Podobnie jak pies, który zaczyna gustować w krwi po zabiciu swojej pierwszej ofiary i potem pragnie innych ofiar, by zaspokoić swój wilczy apetyt”.
W 1983r. Cameron założył Instytut Badań nad Seksualnością. – Naszym pierwszym zadaniem jest przeprowadzenie ogólnokrajowych badań – mówił wtedy. – Jego wyniki wskażą, iż ci, którzy wiodą ryzykowne życie seksualne, są bardziej skłonni, by kogoś zabić, mniej szczęśliwi i częściej zakażają się chorobami. Zapowiedź obudziła zdziwienie, bo poważni naukowcy nie ogłaszają wyników swoich prac jeszcze przed zebraniem danych.
Sercem badania Camerona był ogromny, 550-punktowy kwestionariusz. Znaleźć w nim można było m.in. takie pytania: „Z iloma homoseksualnymi dziewicami miałeś homoseksualne relacje? Jak byś się czuł, dzieląc toaletę z homoseksualistą?”. Cameron liczył na zebranie ok. 18,5 tys. odpowiedzi, udało się zdobyć tylko 4340. Prasa donosiła, że zaniepokojeni ankietowani niejednokrotnie wzywali policję, meldując, że jacyś zboczeńcy zadają im perwersyjne pytania. Materiał został jednak zebrany i do dziś służy jako podstawowe źródło do badań statystycznych, a także wielu publikacji. Niestety, ich naukowa wartość pozostawia wiele do życzenia. Jeden z oponentów Camerona – prof. Gregory M. Herek z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis (Cameron mówi o nim per „cholerny gej”) – zadał sobie trud dokładnego przestudiowania jego prac. Ocena wypadła miażdżąco. W samym punkcie wyjścia, czyli zbieraniu wspomnianych ankiet, Herek doszukał się kardynalnych błędów (za mała próba, za długi kwestionariusz, niewytrenowani ankieterzy, źle sformułowane pytania itd.), z których nawet jeden wystarczyłby do odrzucenia podobnych prac przez porządne naukowe pismo. A jednak – pisze Zagórski - Cameron od blisko 30 lat drukuje swoje rewelacje, chwaląc się, iż jest autorem ok. 80 publikacji. Tymczasem gros jego prac ukazało się w „Psychological Report” zajmującym w rankingu pism z dziedziny psychologii 81. miejsce na 101 wszystkich periodyków na liście - czytamy. „Psychological Report” publikuje niemal wszystko, co się do niego przyśle. I nie jest tajemnicą, że za druk trzeba tu samemu zapłacić (27,5 dolara za stronę). Cameron przez lata płaci, by świat dowiedział się, iż geje i lesbijki żyją znacznie krócej niż heteroseksualiści, że w domach, w których mieszkają pary homoseksualne, wyraźnie częściej dochodzi do przemocy, że dzieci wychowywane przez homoseksualistów stają się też homoseksualistami, że pedofilia i homoseksualizm idą w parze itp., itd.
Stowarzyszenia naukowe nie doceniły Camerona. W 1982 r. członkostwa chciało go pozbawić Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne (APA). Cameron wiedział, że grunt pali mu się pod nogami, i sam odszedł. W 1984 r. Stowarzyszenie Psychologiczne Nebraski wydało oświadczenie, w którym odżegnało się od sposobu interpretacji literatury naukowej przez dr Camerona. Dwa lata później Amerykańskie Towarzystwo Socjologiczne wydało rezolucję oskarżającą go o „konsekwentne fałszywe przedstawianie badań socjologicznych”. Wreszcie w 1996 r. Kanadyjskie Stowarzyszenie Psychologiczne oświadczyło, że Cameron „stale źle interpretuje i fałszywie przedstawia wyniki badań na temat seksualności i homoseksualizmu”.
Ogromny lęk przed AIDS pozwolił Cameronowi wypłynąć na szersze wody. W1987 r. przeniósł się do Waszyngtonu i przemianował swój Instytut Badań nad Seksualnością na Instytut Badań nad Rodziną. W 1992 r. przeniósł swój Instytut do Colorado. Wydał tysiące broszurek wymierzonych przeciw homoseksualistom. Kiedy w listopadzie 1992 r. mieszkańcy stanu głosowali w kwestii praw gejów, Denver zostało dosłownie zasypane broszurką, z której dowiedzieć się można było, że 17 proc. z nich zjada ludzkie odchody. Cała działalność publiczna Camerona sprawiła, że środowiska gejowskie zaczęły wyrażać się o nim „Mengele z Nebraski” i „Goebbels ruchu antygejowskiego”. Z upływem czasu Cameron zmienił nieco tematykę dociekań. Zaczął zajmować się m.in. homoseksualnymi nauczycielami i rodzicami, dowodzić, że geje i lesbijki to źli, kłamliwi obywatele, fałszujący częściej zeznania podatkowe, a także niebezpieczni kierowcy.
Co go napędza?” – pyta w Gazecie Wyborczej Zagórski. „Może jest kryptogejem, jak podejrzewają niektórzy. Przeczyłaby temu jego sytuacja rodzinna. Ma żonę, trójkę dzieci oraz wnuki. Z drugiej strony wielu gejów lub biseksualistów ma dzieci. Sądzę, że istotnym napędem jest dla niego religia. A także pieniądze. Niewątpliwie od lat jest zafascynowany homoseksualizmem.” 10 lat temu w szeroko rozpowszechnianym wywiadzie wyrwało się Cameronowi następujące zwierzenie: „Małżeński seks zmierza w kierunku nudnego końca. Ogólnie rzecz biorąc, nie daje on tak czysto seksualnej przyjemności jak seks homoseksualny. Jeżeliby uznać, że seks ma służyć wyłącznie osobistej radości i wszystko, czego chcesz, to najbardziej satysfakcjonujący orgazm, jaki można osiągnąć, wtedy homoseksualizm wydaje się zbyt silny, by mu się oprzeć. To oczywiste, że mężczyźni potrafią lepiej dogodzić mężczyznom”.
„Nie chcę zaglądać Cameronowi do kieszeni ani do łóżka. Boli mnie tylko, że takiego człowieka zaprasza się do Polski jako słynnego naukowca, a w znanym ze swego obiektywizmu telewizyjnym programie „Warto rozmawiać” robi się z niego męczennika słusznej sprawy. Cóż, takich mamy piewców nauki, jakich sobie zaprosimy i wylansujemy” – podsumowuje swój artykuł Zagórski.
Gazeta Wyborcza: TABU(LA) RASA [komentarz Michała Ogórka]
Grupa naukowców określających się mianem katolickich wyraziła oburzenie, że rezygnując z antyhomoseksualnego wykładu na uniwersytecie, ustąpiono „z postulatu wolności badań naukowych” i przyjęto „istnienie pozanaukowych, ideologicznie uwarunkowanych tematów tabu”. W tym samym akapicie autorzy podkreślili swój „religijny punkt widzenia”. Okazuje się, że wierzenia mogą jednak być naukowe, ale pod warunkiem, że są religijne. Leczenie z tych wierzeń jest pozanaukowe. Ciekawe, że naukowcom katolickim o wiele łatwiej o nieśmiertelną duszę – bo tego nie trzeba nikomu udowadniać – niż o logiczny umysł – pisze w Gazecie Michał Ogórek. _
Dziennik Polski: Szpital Zakonu Bonifratrów [Rozmowa z dr. Markiem Krobickim]
Na łamach Dziennika Polskiego rozmowa z dr. Markiem Krobickim, dyrektorem najstarszego krakowskiego szpitala. - Zakon Braci Miłosierdzia, których w Polsce nazwano bonifratrami, obchodzi w tym roku 400-lecie obecności na ziemiach polskich. W jaki sposób ta data łączy się ze szpitalem, którego jest Pan dyrektorem? - W sposób absolutnie nierozerwalny. Zakon Bonifratrów to zakon szpitalny, co zresztą uwidocznione jest w jego nazwie: Zakon Szpitalny Świętego Jana Bożego. Bracia Miłosierdzia, Bonifratrzy, Dobrzy Bracia, Bracia Szpitalni to określenia popularne, oddające jednak istotę zakonnego charyzmatu. Bracia, obok ślubów czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, składają dodatkowo czwarty ślub: szpitalnictwa, czyli szczególnej posługi na rzecz chorych. Kiedy w roku 1609 bonifratrzy zostali zaproszeni do osiedlenia się w Polsce, a konkretnie w Krakowie – obok kościoła i konwentu założyli więc również szpital - wyjaśnia Krobicki.
- Czym szpital należący do Zakonu różni się od innych szpitali? Personel świecki jest tu przecież w większości. - W naszym szpitalu obowiązują katolickie zasady. „Bracia, czyńcie dobro” – nakazał swoim towarzyszom już 500 lat temu św. Jan Boży. To zawołanie z czasem stało się hasłem braci bonifratrów. Misją szpitala, zgodnie z wielowiekową tradycją bonifraterską, jest więc służenie pomocą i wsparciem duchowym wszystkim cierpiącym bez względu na ich wyznanie, status społeczny i pochodzenie. Aby jak najlepiej pomagać potrzebującym, wielu braci było lekarzami, farmaceutami, pielęgniarzami. Jednak od początku swej szpitalniczej działalności bonifratrzy nigdy nie pracowali sami, zawsze opierali się na wolontariuszach i współpracownikach. To nie zmieniło się do dzisiaj. Przeważająca większość spośród 280 osób personelu naszego szpitala to ludzie świeccy, jednak pracują u nas także siostry zakonne i bracia - czytamy.
Polska: Chcę, żeby Wałęsa znów został prezydentem Polski [Szef libertasu o homoseksualizmie i antysemityzmie]
Z założycielem Libertasu Declanem Ganleyem rozmawia Tomasz Pompowski. Pyta m.in. dlaczego Libertas atakuje Danutę Hübner. Kolejne pytania odnoszą się do Lecha Wałęsy. - Czy będzie na innych konwencjach Libertasu? W Paryżu, a może w Brukseli? - Tak, chciałbym, żeby tam był. Zależałoby mi też, by wystartował w wyborach prezydenckich w Polsce i został wybrany - mówi Ganley. - A w wyborach prezydenckich w Unii? - Jeśli takie będą. Zobaczymy. Teraz nie będę odnosił się do tych fantastycznych wizji.
- Jest Pan niekonsekwentny. Przecież Libertas krytykuje traktat lizboński, a tam jest zapis o prezydencie unijnym - mówi Pompowski. - Nie, tak nigdy nie mówiliśmy. Krytykujemy jedynie niewybieralnego prezydenta. Ale gdyby Europejczycy w referendum wyrazili zgodę na stworzenie takiego urzędu, poparlibyśmy to. To byłby werdykt demokracji.
- Jest Pan przeciwny prawom dla homoseksualistów: legalizacji związków gejów? - Wierzę w siłę rodziny. Jestem katolikiem. Zgadzam się z całym nauczaniem Kościoła. - Takie jest też stanowisko Libertasu? - Moja partia nie jest częścią Kościoła katolickiego. Członkiem jej może być każdy, bez względu na przekonania. Ale wielu ludzi w Europie i świecie zaniepokojonych jest bardzo agresywną postawą niektórych mniejszości. Przykładem jest legalizacja małżeństw homoseksualistów, na którą nie zgodzili się nawet Kalifornijczycy. Jestem za tym, by realizować ideał miłości i szacunku do osoby, tak jak tego uczył Jan Paweł II.
- Ale z polskim Libertasem związane są osoby, które były posądzane publicznie o antysemityzm - wskazuje dziennikarz. - Co do antysemityzmu, chcę jasno oświadczyć, że jest to najbardziej odrażająca, antyludzka i antychrześcijańska postawa. Takiej postawy nie tolerujemy. Z list Libertasu w całej Europie startują kandydaci pochodzenia żydowskiego.
=> Por. Polska: Ganley umiał połączyć politycznych egoistów
Polska - Magazyn Rodzinny: Klony i lipy stare jak ród [Rozmowa z Julią Hoser]
W Ogrodzie Saskim wciąż rosną drzewa zasadzone w połowie XIX wieku przez Piotra Hosera, który dał początek jednemu z najznamienitszych rodów ogrodników w Warszawie. O dziejach tej rodziny opowiada prawnuczka założyciela Julia Hoser, także ogrodnik. Rozmawia z nią Andrzej Dworak.
- Ilu jest teraz Hoserów? - Jest nas około trzydziestu. Jesteśmy spokrewnieni z Lothami i Hornami, więc tworzymy naprawdę liczny klan. - Pani brat Henryk jest arcybiskupem, ordynariuszem prasko-warszawskim… - To pierwszy Hoser duchowny. Ja czułam, że brat nosi się z zamiarem pójścia do pallotynów i że nie wystarczymu to, że jest lekarzem. Nie zaskoczył mnie swoim wyborem.Natomiast teraz, kiedy jest w Warszawie, mam z nim rzadszy kontakt niż wtedy, gdy był w Rzymie, a nawet w Ruandzie. Na głowie ma jednak 170 parafii i ciągle jest w rozjazdach. Dzwoni tylko i pyta: Żyjecie tam? No, żyjemy. Odżywa nawet nasz Żbików, który jest zakładem szkół karskim prowadzonym przez córkę Piotra III Monikę i jej bratanków, Wojciecha i Szymona. A moich wnuków – mam ich w sumie dziesięcioro – to pan sam widzi i słyszy, jacy żywi, jak rozrabiają. (śmiech)
Polska: Problem zJezusem
"Przy okazji wizyty BenedyktaXVI Jay Michaelson w izraelskiej gazecie „Haaretz” (13.05.2009) zastanawia się nad traktowaniem Jezusa w kulturze żydowskiej. „Ciekawe, czy Żydzi kiedykolwiek zdołają przezwyciężyć traumę chrześcijańskich prześladowań, a może nawet czegoś się nauczyć, patrząc z dystansu na tradycję i nauczanie chrześcijańskie. Zdumiewające, jak dużo w moim życiu duchowym zmieniło się dzięki buddyzmowi,sufizmowi,a nawet pogaństwu. Ale kiedy mowa o chrześcijaństwie, robię się nerwowy. Jak wielu Żydów, cenię nauki Jezusa i nawet napisałem pracę o św. Pawle i Talmudzie. Jednak chciałbym zrozumieć Chrystusa tak jak chrześcijanie – nie po to, by stać sięjednymznich, ale by wzbogacić moje życie religijne(...) Ale jak mawiają: wybaczcie Żydom, że są trochę nerwowi. To przez 2 tys. lat chrześcijańskiej miłości”.
Rzeczpospolita: Duch, wieczny rewolucjonista [Rozmowa ze Sławojem Żiżkiem]
Sławoj Żiżek (ur. 1949) tosłoweński filozof, socjolog i krytyk kultury. Autor około 30 książek, m. in.: „Wzniosły obiekt ideologii” (wydanie polskie 2001), „Przekleństwo fantazji” (2001), „Rewolucja u bram” (2006), „Kruchy absolut” (2009). Brawurowy eseista, oryginalny komentator psychoanalitycznej myśli Jacques’a Lacana. Wykładowca na uniwersytetach amerykańskich. Stale zatrudniony w Instytucie Nauk Społecznych Uniwersytetu w Lublanie. Ikona obrazoburstwa. Wielka nadzieja lewicy. Przebywa w Polsce na zaproszenie kwartalnika „Krytyka Polityczna” - podaje Rzeczpospolita.
Krzysztof Masłoń w rozmowie z Żiżkiem mówi: - W podtytule „Kruchego absolutu” stawia pan retoryczne, przynajmniej dla mnie, pytanie: „Dlaczego warto walczyć o chrześcijańskie dziedzictwo?”. Dziwi mnie jednak, że formułuje je właśnie pan, czerpiący inspiracje od Marksa, Hegla, francuskiego psychoanalityka Lacana, Freuda… - Poproszę o inną kolejność: Hegel przed Marksem. - … i Lenina – propagatora wojującego ateizmu, nakazującego walczyć z religią. - Interesował mnie Lenin z czasów bezpośrednio poprzedzających rewolucję październikową, napisałem nawet posłowie do wyboru jego tekstów z tego okresu. Zajmował się prawami społecznymi, mając nadzieję na bardziej sprawiedliwy świat, by orzec, że „teoria Marksa jest wszechpotężna, ponieważ jest prawdziwa”. Ze mnie jest żaden leninista; uważam, że napisał on mnóstwo głupstw, z których łatwo byłoby ułożyć całą encyklopedię. To autor najgorszych książek filozoficznych, jakie zdarzyło mi się czytać, „Materializm a empiriokrytycyzm” jest pod tym względem poza konkurencją. I nie mam zamiaru uprawiać beznadziejnej trockistowskiej gry polegającej na tym, że wmawia się ludziom, jakoby Lenin – gdyby jeszcze kilka lat był w dobrej formie – mógł zawrzeć sojusz z Trockim przeciw Stalinowi, dzięki czemu komunizm nie wpadłby w pułapkę totalitaryzmu. Kompletnie się z tym nie zgadzam. Odnośnie do religii, Lenin miał do niej klasyczną oświeceniową niechęć, przy czym zagadnienia wiary niesłychanie upraszczał. I to prostactwo blokuje zmianę sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy - mówi Żiżek.
- A co panu odpowiada w chrześcijaństwie? - Jego apokaliptyczny horyzont. Bo są różne chrześcijaństwa: instytucjonalne, gnostyckie itd. Te mnie nie interesują, ale apokaliptyczny horyzont jest dla nas – w tym stanie kapitalizmu, w jakim jesteśmy – bardzo ważny, daje nam bowiem wgląd w obecną sytuację. A ta jest niepokojąca, słusznie obawiamy się zagrożeń ekologicznych czy przekształceń genetycznych pozwalających zrealizować totalitarne marzenie o kontroli nad ludzkim myśleniem. Znowu Duch Święty to dla mnie rodzaj postępowej partii, w tym sensie, że mówi: sytuacja zależy od was i to, jak potoczy się świat, zależy od tego, jak będziecie wspólnie działać.
- Wolałbym Ducha Świętego nie mieszać w działalność partyjną… - mówi Masłoń. - Ależ dlaczego nie? Bardzo lubię św. Pawła z tej przyczyny, że był – jak mówię – protoleninistą. Jego myśli zaprzątałaidea, jak zorganizować chrześcijan w partię. - Zwraca pan uwagę na to, że chrześcijaństwo stwarza – a przynajmniej może stworzyć – nową przestrzeń dla czegoś lepszego. Do tej nowej przestrzeni przejść trzeba – pańskim zdaniem – przez czyn polityczny, czyli rewolucję. Czy naprawdę jest ona niezbędna? Jak to mówił Mikołaj Gogol: „Aleksander Macedoński był wielkim bohaterem, ale po co krzesła łamać?”. Pod ręką jest przecież solidny, sprawdzony wzór, chrześcijański właśnie. - Ale ja nie apeluję o to, żeby zniszczyć świat, który – notabene – sam się niszczy. Kryzys, jaki mamy w tak wielu dziedzinach, z ekologicznym i biogenetycznym, zbliża nas do destrukcji. Oczywiście, byłbym bardzo zadowolony, gdyby cały świat mógł żyć tak jak Europa Zachodnia przez ostatnie 40 lat, ale tak się nie stanie. I dlatego potrzeba nowego fundamentu, innego niż kapitalizm. A na takie radykalne cięcie i rozpoczęcie czegoś nowego nie stać ruchów w typu New Age ani tradycyjnych religii, poza chrześcijaństwem.
- Wygląda na to, że dla pana Chrystus jest wiecznym rewolucjonistą. - Jasne, że tak. Dla mnie kluczowym terminem jest „agape” św. Pawła, przy czym rozumiem ją wyłącznie jako miłość, czy coś pośredniego między wiarą a miłością, Eros nie ma tu nic do rzeczy. Święty Paweł powiada, że to ta miłość właśnie zachęca nas do odłączenia od wspólnoty, w której urodziliśmy się i żyjemy. A zatem według świętego Pawła – co poświadcza Pierwszy List do Koryntian – dla chrześcijanina nie ma ani Żyda, ani Greka, ani kobiety, ani mężczyzny… Nic dziwnego, że w Imperium Rzymskim pojawienie się Chrystusa było skandalem.
Dalej Żiżek tłumaczy, że ludziom, narodom, społeczeństwom należy się coś na kształt nowego aktu założycielskiego, nowy fundament. - Dlatego całkowicie odrzucam słowa Benedykta XVI, zdaniem którego kryzys, z jakim mamy do czynienia, jest efektem zbyt dużej chciwości ludzkiej. To jest redukowanie kryzysu do wymiaru psychologicznego, tymczasem nie dlatego mamy kryzys, że ludzie byli chciwi, ale dlatego, że istniejący system zmusił ich do chciwości. To system generował chciwość i stawiał wymogi strukturalne, a nie osobiste czy psychologiczne. Nasuwa się skojarzenie ze stalinizmem, którego potworność polegała nie na tym, że źli ludzie robili złe rzeczy – oni zawsze czynią zło. Prawdziwą tragedią było dopiero to, że dobrzy ludzie robili złe rzeczy. I przez taki pryzmat powinniśmy patrzeć na współczesny świat - uważa Żiżek. - Podobają mi się ci teologowie, którzy zwracali uwagę na to, że nie tylko Chrystus 2000 lat temu zaczął coś naprawdę nowego, ale że w zasadzie każde powtórzenie aktu Chrystusa jest czymś nowym.
=> Por. Dziennik/ Europa: Czeka nas miękka apokalipsa [Z lewicowym filozofem Slavojem Żiżkiem rozmawia Maciej Nowicki]
Gazeta Wyborcza / Wysokie Obcasy: Wszystkie jesteśmy trochę homo
W Wysokich obcasach znajdujemy rozmowę z dr Alicją Długołęcką – edukatorką seksualną i doradcą rodzinnym. Stawia ona tezę, że każda kobieta może odkryć swój pierwiastek homoseksualny – mniejszy lub większy. Podobnie, każda kobieta ma, wg Długołęckiej, cechy męskie.
- Doprecyzowanie proporcji, powszechności i źródła komponentu homoseksualnego jest trudne – uważa dr Długołęcka. Po pierwsze, nie wiadomo, jak to dokładnie zbadać, po drugie, jak to zwykle bywa w seksuologii, interpretacja zależy od przyjętej perspektywy. Na biseksualizm można patrzeć jako na kategorię psychologiczną wynikającą przede wszystkim z uczucia do określonej osoby. Kobiety mają uczuciowość bardziej „rozlaną” od mężczyzn i częściej (oczywiście nie zawsze) podporządkowują seksualność uczuciowości. Większość kobiet najpełniej i najchętniej otwiera się seksualnie wtedy, kiedy kocha. W relacjach kobiet często trudno odróżnić przyjaźń od miłości, a bliskość od erotyzmu. Mówią o tym dojrzałe kobiety z własnej biograficznej perspektywy. Jeśli je zapytać: kogo kochałaś? – nie w sensie erotycznym, ale kto był dla ciebie najważniejszym człowiekiem – często podają przyjaciółki, które je wspierały w najtrudniejszych chwilach, były przy nich, podczas gdy mężczyźni się zmieniali. Gdyby nie smycz kulturowa, kto wie, kto wie...
- Często dziewczyny zbyt wcześnie określają się jako homoseksualne i same wtłaczają się w tę kategorię – mówi Długołęcka. - Warto wybierać świadomie to, co jest dla nas naprawdę ważne. Odkrycie pierwiastka homoseksualnego może okazać się odkryciem życia. Ale może też być na tyle mało istotne, że będzie stanowić czynnik jedynie ubarwiający nasze życie erotyczne.
- W każdym cywilizowanym kraju już w latach 80. powstawały grupy wsparcia dla młodzieży i rodziców, nie tylko ze strony organizacji gejowsko-lesbijskich. A u nas dzieci w okresie dojrzewania pozostawione są same sobie – mówi również Długołęcka. - Młodzież o orientacji homoseksualnej jest pozostawiona kompletnie sama sobie. W szkole nie można o tym mówić, a rodzice to wypierają. Akceptują wybór dziecka najczęściej dopiero po kilkunastu latach, kiedy są już wiekowi i myślą sobie, że już lepiej, żeby córka została lesbijką niż starą panną. Wolą, żeby ich dziecko było szczęśliwe. A przecież można wychowywać dzieci tak, by w okresie dojrzewania miały świadomość, że istnieją osoby homoseksualne. Brakuje nam wzorców pozytywnych i dlatego cieszę się z„najpiękniejszej pary” poprzedniego roku i to właśnie uważam za bardziej wychowawcze niż zamiatanie tej kwestii pod dywan. Może warto, żeby dzieci poznawały naszych homoseksualnych przyjaciół, bo nie ma lepszej metody na naukę tolerancji. Po drugie, jeżeli dziecko się okaże homoseksualne w przyszłości, to już ma dobry wzór. Nie pójdzie do jakiegoś podejrzanego miejsca, w dodatku będzie wiedziało, że ma oparcie w rodzicach, bo skoro rodzice mają homoseksualnych przyjaciół i tego nie ukrywają, to raczej nie odrzucą dziecka, które okazuje się gejem, lesbijką czy osobą biseksualną. Trzecia sprawa, najważniejsza – ale to już podstawowa kwestia wychowawcza – to żeby nie zakładać, że nasze dziecko będzie jakiekolwiek, z góry. Inie dotyczy to tylko orientacji seksualnej, ale każdej sfery życia –że nie będzie wyglądało w określony sposób, że nie będzie wykonywało określonego zawodu, że nie skończy określonych szkół... To kwestia uszanowania tego, kim jest człowiek, któremu daliśmy życie.
- Homoseksualizm „z wyboru” częściej dotyczy kobiet w okolicach czterdziestki. Złośliwi mogliby powiedzieć, że tych, które zawiodły się na mężczyznach. Prawda jest taka, że z reguły są to kobiety, które dość wcześnie wyszły za mąż, urodziły dzieci i z rozpędu realizowały się w tych rolach. Niektóre nawet chodziły do seksuologa, bo ich seks był taki sobie. Potem dzieci dorosły, w domu zrobiło się pusto, ich mężczyźni przeżywali swoją drugą młodość, a one poczuły, że powinny wreszcie zrobić coś dla siebie. Stawiają wtedy na samorozwój, dokonują jakościowych zmian w swoim życiu i przy okazji odkrywają swoją seksualność. Najczęściej polega to na tym, że kobieta wychodzi z domu, poznaje innych ludzi i może się tak zdarzyć, że w o wiele większym stopniu zafascynuje ją kobieta niż mężczyzna – tłumaczy Długołęcka na łamach Wysokich Obcasów.
NAUKA, KULTURA, SPOŁECZEŃSTWO
Gazeta Wyborcza Toruń: O. Rydzyk będzie walczył w sądzie o 27 mln zł
O. Tadeusz Rydzyk będzie się procesował z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska o cofnięte mu 27 mln zł dotacji na geotermię. - Zwróciliśmy się do sądu o naprawienie szkody - mówi szef Radia Maryja.
Wiadomość o tym, że Fundacja Lux Veritatis o. Rydzyka złożyła w sądzie pozew przeciwko Narodowemu Funduszowi Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej podał "Nasz Dziennik". Chodzi o 27 mln zł dotacji na odwierty geotermalne w Toruniu. Umowa o dofinansowanie badań między Lux Veritatis a Funduszem została zawarta za rządów Prawa i Sprawiedliwości w czerwcu 2007 r. Zabiegał o nią ówczesny minister środowiska Jan Szyszko z PiS. Jednak po objęciu rządów przez Platformę Obywatelską, nowy szef resortu zmienił władze Funduszu, a te zaczęły się przyglądać dokumentacji. W styczniu 2008 r. NFOŚiGW wypowiedział umowę Lux Veritatis, bo - jak stwierdziło kierownictwo Funduszu - o. Rydzyk nie przedstawił wymaganych papierów, które m.in. miały być zabezpieczeniem dla dotacji. - Zwróciliśmy się do sądu o naprawienie szkody. Przypomnę tylko, że byliśmy już w trakcie prac i podpisaliśmy umowy z wykonawcą, kiedy odebrano nam dotację - mówił o. Rydzyk "Naszemu Dziennikowi". - Powiem tylko, iż pozew został dobrze przygotowany przez specjalistów i sprawa wydaje się jasna. Chyba że proces będzie miał charakter polityczny.
- Cały czas mówiliśmy, że zerwano z nami umowę jednostronnie. Dlatego odwołaliśmy się do sądu, by tę sprawę rozstrzygnął. Zanim to uczyniliśmy, chcieliśmy pokazać, że zrobiliśmy wszystko zgodnie z przyznaną nam koncesją - dodaje w "ND" o. Jan Król, prawa ręka szefa Radia Maryja.
Witold Maziarz, rzecznik prasowy NFOŚiGW: - To my zaproponowaliśmy Fundacji Lux Veritatis podczas spotkania w sierpniu zeszłego roku, żeby wystąpiła do sądu, jeśli nie zgadza się z wypowiedzeniem umowy. Fundusz wydał oświadczenie, w którym wyraża przekonanie o słuszności decyzji o zerwaniu umowy z fundacją o. Rydzyka. Wskazuje, że została ona pozytywnie zweryfikowana przez Najwyższą Izbę Kontroli i zewnętrzną kancelarię prawniczą. "Media ojca Rydzyka nie pozostawiają suchej nitki na NFOŚiGW, niesłusznie obarczając go winą za wypowiedzenie umowy, przemilczając jednocześnie fakty, które wskazują na niewywiązanie się Fundacji Lux Veritatis" - czytamy w komunikacie Funduszu. Jak twierdzą władze NFOŚiGW, chodzi m.in. o zabezpieczenie dotacji. Miała być nim hipoteka na działce redemptorystów i stojącym na niej kompleksie budynków szkoły o. Rydzyka (rzeczoznawca wycenił je na 46 mln zł). Jednak fundacja nie przedstawiła wymaganych dokumentów, że jest właścicielem kampusu akademickiego.
Mimo wycofania dotacji z Funduszu, odwierty w Toruniu - dzięki datkom słuchaczy Radia Maryja - ruszyły w sierpniu 2008 r., a ich pierwszy etap zakończył się w marcu br. Specjaliści ze spółki Poszukiwania Nafty i Gazu Jasło na głębokości 2,3 tys. m dowiercili się do wody o temperaturze ponad 60 stopni Celsjusza. O. Rydzyk chce nią ogrzać swoją uczelnię - Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej - oraz zbudować kompleks basenów leczniczych.
Nasz Dziennik: Homoparada zamiast Euro2012
Jak podaje Nasz Dziennik, o podjęcie działań uniemożliwiających zorganizowanie na terenie Krakowa imprez mających na celu promowanie zachowań homoseksualnych zaapelowało do Jacka Majchrowskiego, prezydenta miasta, 22 senatorów. W swoim oświadczeniu argumentują, że władze są zobowiązane na mocy Konstytucji do ochrony i opieki nad rodziną. Majchrowski nie odwołał jednak zaplanowanego na dziś przemarszu gejów.
W ocenie senatora Piotra Łukasza Andrzejewskiego (PiS), prawnika konstytucjonalisty, tego typu demonstracje środowisk homoseksualnych, mające charakter prowokacyjny, należy postrzegać poprzez zapisy Konstytucji, która zobowiązuje obywateli do szanowania praw i wolności innych. Dlatego nie powinno być przyzwolenia władz na ich organizację. - To nie jest kwestia tzw. homofobii. My szanujemy prawa tych ludzi. Jeżeli uznają taką, a nie inną moralność, niech sobie ją kultywują w swoim środowisku. Natomiast nie widzę powodów, by wychodzić z tym do ludzi, których wolność poprzez takie zachowanie jest zagrożona, a uczucia moralne deptane - podkreślił w rozmowie z "Naszym Dziennikiem".
Równolegle z protestem senatorów do władz Krakowa kierowane były listy protestacyjne. Towarzyszy im obserwacja, że wraz z upływem czasu gejowscy aktywiści się rozbestwiają.
Jak dowiedzieliśmy się w krakowskim magistracie, mimo protestów i realnych zagrożeń władze Krakowa nie zakazały organizacji tego typu manifestacji. - Na tego typu marsze urząd nie wydaje pozwolenia, a jedynie przyjmuje zgłoszenie od organizatora. Możemy wydać zakaz, ale w ciągu trzech dni od złożenia takiego zgłoszenia - podkreślił Adam Młot, pełnomocnik prezydenta miasta Krakowa ds. bezpieczeństwa imprez sportowych i miejskich imprez masowych. Zaznaczył jednak, że Konstytucja daje każdemu człowiekowi prawo do wyrażania swoich poglądów, dopóki nie łamią one prawa. Tłumaczył, że sam homoseksualizm w Polsce zakazany nie jest, więc władze miasta nie miały podstaw do wydania zakazu.
Gazeta Wyborcza Kraków: Wszechpolacy chcą zatrzymać Marsz Tolerancji
Nie dwie, a trzy manifestacje przejdą w sobotę przez Kraków. Pochód mniejszości seksualnych chcą zatrzymać wszechpolacy i Narodowe Odrodzenie Polski. Choć MW i NOP zamiar mają ten sam, pójdą jednak osobno.
Marsz Tolerancji, Marsz Normalności, Marsz Tradycji i Kultury - tak nazywają się trzy legalne manifestacje, które w sobotnie popołudnie pojawią się w centrum Krakowa.
Pochód zwolenników gejów i lesbijek (Marsz Tolerancji) wyruszy o godz. 14 z pl. Wolnica. Z kolorowymi balonami i przy dźwiękach bębnów przejdzie ulicami Krakowską, Stradom i Grodzką na Rynek Główny. O ile pozwolą na to organizatorzy dwóch konkurencyjnych manifestacji.
Marsz Tolerancji chcą przede wszystkim zatrzymać aktywiści Młodzieży Wszechpolskiej. O 13.30 zbierają się na Małym Rynku. Swoją kontrmanifestację nazwali Marszem Tradycji i Kultury. - Nie pozwolimy, by w królewsko-papieskim mieście parada, która afirmuje homoseksualizm, wtargnęła na rynek - zapowiada Robert Winnicki, szef wszechpolaków. Mniej dyplomatyczny jest Piotr Waszczewski z małopolskiego oddziału MW. - Marsz pedałów zostanie przez nas zatrzymany - zapowiada bez ogródek. Choć - jak zapewnia - bez użycia agresji, w stanowczy sposób.
Jak plany wszechpolaków mają się do ich ubiegłorocznych deklaracji, że kończą z organizacją kontrmarszy utożsamianych z kibolskimi awanturami? - zastanawia się Gazeta. - Media i tak całą winę zrzuciły na nas - mówi Winnicki. - Dlatego w tym roku nie mamy oporów i będziemy manifestować oficjalnie - podkreśla i dodaje, że w tym przypadku "interes cywilizacyjny jest ważniejszy niż dobra prasa".
Na forach internetowych skrzykują się również uczestnicy drugiej ultraprawicowej manifestacji - czytamy - czyli Marszu Normalności (rozpocznie się o godz. 13 pod kościołem św. Wojciecha) organizowanego przez NOP. "Przyjdź i staw opór zboczeńcom" - zachęca plakat na stronie nacjonalista.pl. "Przypominamy, że w tym mieście obowiązuje zakaz pedałowania" - głosi inne hasło.
Tegoroczny Marsz Tolerancji uaktywnił również polityków. W czwartek wieczorem do mediów trafiło oświadczenie podpisane przez 22 senatorów PiS i byłego krakowskiego radnego, Pawła Klimowicza z PO. Senatorowie apelują, by prezydent Jacek Majchrowski nie pozwolił na organizację imprez "promujących demoralizujące zachowania". Powód? Konstytucyjne zapisy o ochronie rodziny, zamieszki po wcześniejszych marszach i nieobyczajne zachowania jego uczestników.
Adam Młot, pełnomocnik prezydenta ds. bezpieczeństwa, uważa argumenty senatorów za bezzasadne. - Trudno winić ofiarę za to, że została zaatakowana. Rodzina nie jest zagrożona, a konstytucja zapewnia wolność zgromadzeń - przypomina. - Nie zauważyłem gorszących zachowań uczestników Marszu Tolerancji, nie zapadł w tej sprawie skazujący wyrok sądu, więc w mojej ocenie to literatura. Poza tym senatorowie wymagają od miasta, by zakazało manifestacji. Możemy to zrobić tylko łamiąc prawo - podkreśla Młot.
- Nasza inicjatywa jest nastawiona pokojowo, promuje wartości społeczeństwa obywatelskiego. To kontrmanifestanci wprowadzają atmosferę skandalu i nienawiści - komentuje Piotr Wójtowicz, jeden z organizatorów Marszu Tolerancji. - Organizatorzy, biorący udział w tamtych marszach, nie są dla nas partnerami w dyskusji, ponieważ ich argumenty opierają się na mowie nienawiści - dodaje. I podkreśla, że Marsz Tolerancji będzie chciał, zgodnie z planem, dotrzeć na Rynek Główny.
Bezpieczeństwa uczestników trzech manifestacji będzie pilnować 400 policjantów. W trakcie parady utrudniony będzie ruch tramwajowy na ul. Krakowskiej, Dietla i Stradomskiej. - Spodziewamy się opóźnień - informuje Marek Gancarczyk, rzecznik Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego. - Jeżeli zaistnieje taka potrzeba, to tramwaje będą kierowane na trasy objazdowe - zaznacza.
Gazeta Wyborcza Bydgoszcz: Marsz milczenia w Dniu przeciw Homofobii [sic!]
W Bydgoszczy, gdzie nieobecne były do tej pory feministyczne manify czy marsze równości, Krytyka Polityczna wraz z Lambdą postanowiły zorganizować swoją akcję - I Bydgoskie Dni Różnorodności. - Chcemy rozsadzić wreszcie to, co zastałe i skostniałe w naszym mieszczańskim myśleniu i skierować światło dyskusji społecznej na osoby marginalizowane, czyli na kobiety i osoby nieheteroseksualne - mówi Emilia Walczak, szefowa klubu KP w Bydgoszczy.
Krytyka Polityczna organizuje akcję 17 i 18 maja wspólnie z Teatrem Polskim i nowo powstałą w Bydgoszczy organizacją Lambda. Pierwszego dnia - w niedzielę - odbędzie się Dzień Milczenia. Uczestnicy bez słowa przejdą z pl. Wolności na Stary Rynek. Przemarsz związany jest z obchodami Międzynarodowego Dnia przeciw Homofobii i odbędzie się w 19. rocznicę wykreślenia homoseksualizmu z listy chorób WHO - Światowej Organizacji Zdrowia. Początek o godz. 14. - W marszu wezmą udział nie tylko osoby homoseksualne, ale także heteroseksualne - zaznacza Paweł Fischer-Kotowski, szef Lambdy w Bydgoszczy.
Drugi dzień to wykłady i dyskusje. - Porozmawiamy między innymi o tym, skąd ostracyzm w stosunku do osób homoseksualnych, a także skąd seksizm w stosunku do ludzi heteroseksualnych - zapowiada Fischer. W niedzielnym programie znajdą się m.in. prezentacje multimedialne przedstawiające sytuacje osób homoseksualnych w kraju i za granicą oraz dyskusja o problemach kobiet i wykluczeniach na tle seksualnym w nawiązaniu do książki Judith Butler "Uwikłani w płeć". Początek o 18 w Teatrze Polskim.
Nasz Dziennik: Ofensywa genderideologii
Komisja Europejska pozwała Polskę do Trybunału Sprawiedliwości Wspólnot Europejskich w Luksemburgu za brak implementacji do polskiego prawa unijnej dyrektywy z 2004 roku. Chodzi o równe traktowanie kobiet i mężczyzn, zakaz bezpośredniej i pośredniej dyskryminacji ze względu na płeć oraz molestowania seksualnego. Termin wprowadzenia dyrektywy minął w grudniu 2007 roku. Tymczasem polska Konstytucja oraz cały system prawny gwarantują prawa ujęte w unijnej dyrektywie – czytamy na łamach Naszego Dziennika.
=> Por. Nasz Dziennik: Pozywamy, bo nie znamy waszego prawa
Polska: Harcerze są obrazą moralności [w San Diego]
W sądzie w San Diego zmierzyli się ze sobą harcerze i organizacje równości praw mniejszości seksualnych. Spór toczył się o tolerancję. Otóż, przysięga harcerska sugeruje, że członkowie nie mogą być homoseksualistami. Kiedy rada miasta wydzierżawiłaorganizacji harcerskiej teren pod budowę obozu i parku wodnego, oburzyło to środowiska gejowskie. „Lesbijki i pary agnostyczne, które nigdy nie odwiedziły obozu, poczuły się obrażone faktem, że miasto dzierżawi teren publiczny dla organizacji promującej tradycyjną moralność”, powiedział rozgoryczony prawnik harcerzy. Mimo jego starań sąd w San Diego przyznał rację gejom i nakazał zmianę decyzji rady miejskiej.
Nasz Dziennik: Antykoncepcja ważniejsza niż edukacja
Projekt budżetu administracji prezydenta Baracka Obamy na 2010 rok zakłada zaprzestanie finansowania edukacji opartej na krzewieniu abstynencji płciowej na rzecz dodatkowych nakładów pieniężnych na darmowe prezerwatywy dla uczniów, finansowanie antykoncepcji i edukacji seksualnej - informuje portal LifeSiteNews. Nowe programy mają na celu m.in. instruowanie młodzieży, w jaki sposób należy używać prezerwatyw i jak "pozbyć się niechcianej ciąży" – czytamy w Naszym Dzienniku.
- Prezydent jest bardzo zaangażowany w akcję zmniejszania ciąż wśród nastolatek i uważa, że rodzice, rodziny, wspólnoty i rząd muszą współpracować w celu rozwiązania tego problemu - powiedział w rozmowie z CBN News jeden z urzędników Białego Domu. Tak więc dzięki rozporządzeniom nowego prezydenta USA departament zdrowia, zamiast koncentrować się na służbie społeczeństwu, będzie zachęcał młodzież do rozwiązłości i wykorzystywania dostępnych środków "zapobiegania" i "pozbywania się niechcianej" ciąży. Bez znaczenia dla prezydenta Baracka Obamy wydaje się w tym momencie fakt, iż prowadzona na obszarze całego kraju edukacja abstynencka sprawdzała się dużo lepiej aniżeli edukacja seksualna połączona z darmowym dostępem do prezerwatyw. Ponadto prezydent namawia także do finansowania ze środków pochodzących z budżetu tzw. aborcji na życzenie w stanie Waszyngton.
Pomysły Obamy spotkały się z olbrzymim sprzeciwem społeczeństwa, a w szczególności rodziców nastolatków. "W czasach, kiedy nastolatki są stale poddawane wpływom kultury promującej rozwiązłość, istotne jest, aby zachowujący zdrowy rozsądek ustawodawcy z obydwu stron izby odrzucili tę skrajną próbę obalenia jedynego kroku w kierunku usunięcia wszystkich zagrożeń" - podkreśliła cytowana przez portal LifeSiteNews Valerie Huber, dyrektor Krajowego Stowarzyszenia Edukacji Absencji. Jednak małe są szanse na to, aby Kongres utrącił szkodliwe społecznie projekty prezydenta Baracka Obamy, gdyż demokraci dysponują większością zarówno w Senacie, jak i Izbie Reprezentantów.
Nasz Dziennik: Gej – pedofil był doradcą szkockiego rządu
Szef ośmioosobowej szkockiej grupy homoseksualistów, której kilka dni temu postawiono łącznie 54 zarzuty przestępstw o podłożu seksualnym i pedofilskim, był doradcą rządu ds. kontaktów homoseksualistów z dziećmi. Jak informuje dziennik "Daily Mail", James Rennie - bo o nim mowa - lobbował m.in. za poprawką na rzecz przyznania gejom prawa do adopcji dzieci oraz zajmował się sprawami natury homoseksualnej u dzieci i młodzieży – informuje Nasz Dziennik.
Szef gejowskiej młodzieżówki LGBT (lesbijki, geje, biseksualiści i transseksualiści) w Szkocji został uznany przez sąd w Edynburgu winnym m.in. napaści seksualnych, szerzenia dziecięcej pornografii i molestowania 3-miesięcznego niemowlęcia przez 4 lata. Po wykryciu w grudniu 2007 roku przez policję działalności pedofilskiej Nenniego, został on zawieszony w pełnionej w LGBT funkcji, po czym sam zrezygnował ze stanowiska. Obecnie czeka na wyrok, który ma zapaść 29 lipca. Grozi mu kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Rzeczpospolita: Milicja namawia do sterylizacji [na Białorusi]
Na Białorusi dochodzi do drastycznych przypadków „ochrony dzieci w rodzinach patologicznych”. W rejonie nieświeskim (obwód miński) kobietom pozbawionym praw rodzicielskich i prowadzącym „niemoralny tryb życia” proponuje się jeden z zabiegów: założenie wkładki domacicznej albo sterylizację. Niezależne media białoruskie dowiedziały się o tym od ginekologa położnika szpitala w Nieświeżu Swietłany Dawydźko. W całym rejonie „zabezpieczono” w ten sposób 78 procent kobiet figurujących na czarnych listach organów zwalczających patologie społeczne – powiedziała lekarka w rozmowie z Europejskim Radiem dla Białorusi. Na zabieg sterylizacji według Dawydźko zgadza się co prawda zaledwie co dziesiąta z pań trafiających na leczenie do jej szpitala, jednak już w tym roku w samym Nieświeżu sterylizacji poddano pięć kobiet. Trzy z nich miały wskazania zdrowotne do takiego zabiegu. Dwie napisały podania wyłącznie „z przyczyn społecznych”.
"Z punktu widzenia prawa sterylizacji można się poddać dobrowolnie i świadomie, jednak powody, dla których kobiety z marginesu decydują się na operację, budzą spore wątpliwości" - czytamy na łamach Rzeczpospolitej. Wiceszef nieświeskiej komendy milicji Michaił Szczerba w rozmowie z agencją Interfaks wyznał, że jego podwładni „rekomendują kobietom z marginesu społecznego, pozbawionym praw rodzicielskich poddanie się sterylizacji”. Panie do sterylizacji namawiają nie tylko milicjanci, także poradnie dla kobiet – potwierdza Interfaksowi Swietłana Dawydźko. Nieświeska lekarka ujawnia, że milicjanci w tym celu przekazują poradniom dane osobowe kobiet kwalifikujących się ich zdaniem do sterylizacji.
– Wskazania społeczne do sterylizacji to rzecz bardzo kontrowersyjna – mówi „Rz” wiceprezes Białoruskiego Zrzeszenia Lekarzy Michaił Kisielew. Ma jednak trudności z konkretną oceną procederu, gdyż jak twierdzi, „takie sytuacje nie są uwzględnione w obowiązującym na Białorusi kodeksie etyki lekarskiej”. Kisielew nie wyklucza, że jego organizacja zbada sprawę. Także pod kątem tego, czy prośbę o sterylizację napisaną pod presją milicji można uznać za decyzję w pełni dobrowolną i samodzielną. – Przymusowa sterylizacja jest absolutnie niedopuszczalna, ale nie badaliśmy jeszcze przypadków, o których pan mówi – tłumaczy „Rz” Kisielew. Wiadomość o sterylizacji kobiet na podstawie wskazań społecznych wzbudziła spory niepokój w środowisku demokratycznym Białorusi. Znany dziennikarz i krytyk prezydenta Łukaszenki Paweł Szeremiet uważa, że najstraszniejsze jest to, iż „ustalanie, kto jest normalny, a kto patologiczny, leży w kompetencji ludzi, co do których normalności istnieją poważne wątpliwości”. Szeremiet przypomina głośną historię prześladowania mohylewskiej działaczki opozycyjnej Krystyny Szatikowej, którą władze najpierw poddały przymusowemu leczeniu w szpitalu psychiatrycznym, a potem próbowały pozbawić praw rodzicielskich do dwójki wychowywanych przez nią dzieci.
Rzeczpospolita: Sekrety Watykanu [Film "Anioły i demony"]
Film "Anioły i demony", ekranizacja powieści Dana Browna, nie wywoła zapowiadanego skandalu. Nie ingeruje w tajemnice wiary - pisze na łamach Rzeczpospolitej Rafał Świątek.
Adaptacja "Kodu Da Vinci" spowodowała w 2005 roku medialną burzę i protesty kościelnych dostojników. Z "Aniołami i demonami" – ekranizacją kolejnego bestselleru Dana Browna – miało być podobnie. Jednak tym razem nie będzie gorącego sporu, oskarżeń o bluźnierstwo. "Kod Da Vinci" zamieniał podstawowe prawdy chrześcijaństwa w popkulturowy rebus. Zastępował misterium cierpienia i odkupienia grzechów zbanalizowanym mitem o uczłowieczonym Jezusie, mężu Marii Magdaleny. Był tylko lekką rozrywką, ale odzierał wiarę z tajemnicy. "Anioły i demony" nie wchodzą na ryzykowny obszar, choć tym razem akcja rozgrywa się nie w muzeach i katedrach europejskich miast, ale w samym Watykanie. I to na dodatek podczas konklawe. Zmarł papież. Kardynałowie obradują nad wyborem nowego następcy św. Piotra, ale czterech z nich zostaje porwanych. Tymczasem z genewskiego centrum badań jądrowych znika pojemnik z antymaterią – jej cząstka może doprowadzić do wybuchu o sile rażenia bomby atomowej. Sprawcą zdarzeń są najprawdopodobniej Iluminaci. Tajna organizacja, do której przed wiekami należeli wybitni uczeni, chce się zemścić na Stolicy Apostolskiej za lata prześladowań. Do Rzymu zostaje więc wezwany profesor Langdon (Tom Hanks). Specjalista od symboli ma rozwikłać kryminalną zagadkę... Z początku fabuła wydaje się opowieścią o wojnie oświeconej nauki z dogmatycznie pojmowaną wiarą. Ale w istocie film krytykuje ekstremizmy, stanowi pochwałę równowagi między tradycją i nowoczesnością. To pojednawcze przesłanie zostało udekorowane zabawą w odkrywanie teorii spiskowych, krwawymi zabójstwami i pościgami - czytamy.
Polska: „Aniołom i demonom” brakuje ikry
"Zapaszek cenzury przenika Kościół katolicki niby woń szczególnie silnego kadzidła. W 2006 r. biskupi potępili „Kod Leonarda da Vinci” w reżyserii Rona Howarda jako „obrazę Boga”, a teraz wybuchły kontrowersje wokół dalszego ciągu, czyli „Aniołów i demonów”. Powieść Dana Browna, na której opiera się nowy film, nie dorównuje poprzedniczce pod względem bluźnierczości, ale osoby obdarzone delikatną wrażliwością religijną mają się o co obrazić" - czytamy w dzienniku Polska.
"Producenci z pewnością zacierali ręce z radości przekonani, że oburzeni duchowni zapewnią filmowi darmową promocję. Potem w „L’Osservatore Romano” ukazała się recenzja, w której „Anioły i demony” nazwano filmem nieszkodliwym. Nieszkodliwym! Albo to podstępna strategia zniechęcania, albo rzeczywiście tak uważają, ale trudno o bardziej zniechęcający epitet. Atrakcyjność filmu flaczeje jak przekłuty balon. Głównym problemem jest scenariusz" - czytamy. "Tematem filmu jest konflikt między religią i nauką. Jeśli ktoś uważa, że Brown nie szanuje religii, to powinien wstrzymać się z ocenami, dopóki nie zobaczy, co się dzieje, kiedy autor „Kodu Leonarda da Vinci” weźmie na warsztat naukę".
W SKRÓCIE
• "Jej dziejową rolę pomnożyły lata narodowej niewoli, gdy ten katedralny kościół urastał do rangi symbolu. Narodowego sacrum"- pisze Michał Rożek o krakowskiej katedrze na łamach Dziennika Polskiego.
• Quady, superrowery, araby czystej krwi – o szaleństwie prezentów komunijnych media trąbią od kilku tygodni. Ale coraz więcej warszawiaków decyduje na skromny wariant tej uroczystości – przyjęcie w domu i prezenty nawiązujące do duchowego charakteru tego wydarzenia. Artykuł na łamach Polski - Magazynu Rodzinnego.
• Urugwajscy geje, dotąd uznawani za niezdolnych do służby wojskowej, będą przyjmowani do armii. Według części wojskowych to prowokacja, która osłabi morale armii. Inni mówią, że z gejami będzie tak jak z kobietami. Od 1996 r. mogą służyć w wojsku, ale jest ich tam bardzo mało.
• Nasz Dziennik przedstawia pokrótce biografię o. Feliksa Zapłaty SVD. „Jest to więc opowieść o polskim kapłanie, zasłużonym teologu - twórcy misjologii w Polsce, który choć nie "szukał zaczepki", został zaczepiony i spędził nawet pewien czas w więzieniu. Choć po tym incydencie jego kariera naukowa mogła toczyć się dalej w miarę bez przeszkód, to jednak nigdy nie uzyskał tytułu profesora, mimo że na niego zasłużył jak mało kto” - czytamy.
• Jak informuje Gazeta Wyborcza, fiński parlament zgodził się wczoraj na adopcję dzieci przez pary homoseksualne żyjące w związkach partnerskich. Za ustawą było 108 posłów, 29 głosowało przeciw, a 61 wstrzymało się od głosu.
• W Naszym Dzienniku znajdujemy artykuł „Kim są "moherowe berety", czyli demaskacja kłamstwa” – prof. Rafał Broda składa w nim – jak sam pisze – hołd sygnatariuszom listu otwartego „Przestańcie szkodzić Polsce” [treść listu omawiana we wcześniejszym IDK]
• Redakcja Naszego Dziennika zastanawia się „kim są moherowe berety” . „Ilu nas jest, jacy jesteśmy i co nas łączy?” – odpowiedź znajdujemy w dziale „Do czytelników”.
ter/hel
