Rozmowa z wicepostulatorką procesu beatyfikacyjnego Hanny Chrzanowskiej

 

– Kiedy zetknęła się Pani z Hanną Chrzanowską?

– W szkole jako szesnastoletnia dziewczyna, która przyszła się uczyć pielęgniarstwa. Miałam to szczęście, że pani Hanna wykładała nam pielęgniarstwo w otwartej opiece zdrowotnej i pielęgniarstwo domowe. Prowadziła też praktyki. Wchodziłyśmy z nią do domów chorych. Do trzech domów chorych wprowadzała mnie osobiście Hanna Chrzanowska.

– Kim byli ci chorzy?

– Pochodzili z ubogich środowisk, byli zaniedbani. Wymagali bardzo zaawansowanej pielęgnacji. Nie widziałam drastycznych obrazów, które opisywała Hanna w swoich pamiętnikach, bo myśmy już obejmowały opiekę na zasadzie: jedna koleżanka od drugiej. Dziś już nie pamiętam, czy te praktyki trwały dwa tygodnie czy miesiąc. Koleżanka, która opiekowała się chorym wcześniej, wprowadzała nas do niego, jeśli tylko pani Hanna uznawała, że może to zrobić. Do cięższych przypadków Hanna Chrzanowska wprowadzała sama.

Pamiętam pierwszy z nich, w rejonie Kazimierza. To była głęboka rana, którą trzeba było opatrywać. Pani Hanna zademonstrowała mi, jak się robi opatrunek i następnego dnia opatrywałam tę ranę sama. Pamiętam też chorą z niedowładami, po guzie mózgu czy po wylewie. Bardzo źle chodziła, jej mowa była bełkotliwa. Robiłyśmy jej toaletę, czesałyśmy i myłyśmy ją. Pani Hanna szczególną uwagę zwracała na jej uruchomienie. Trzeba było tę chorą przeprowadzać po pokoju kilka razy. Była dosyć ciężka, ale starała się nam pomagać. Pamiętam, jak w trzecim dniu pobiegłam do Hanny bardzo podekscytowana: „Pani Szewczykowa chyba już lepiej mówi!”. Hanna Chrzanowska roześmiała się i wytłumaczyła: „Dziecko, tyś się już osłuchała z jej niewyraźną mową i dlatego ją rozumiesz!”.

Zaprowadziła mnie też kiedyś do pewnej syfilityczki, starszej kobiety, która nie miała świadomości swojej choroby. Wtedy po raz pierwszy musiałam użyć rękawiczek. Pani Hanna bardzo kategorycznie tego pilnowała. Bardzo źle mi się w nich pracowało, bo były grube i niewygodne, ale nie miałam wyjścia.

– Jakie podejście do chorych miała Hanna Chrzanowska?

– Ona traktowała wszystkich jednakowo. Gdzieś na ulicy Topolowej była kiedyś chora, której Hanna, ta dama wychowana w pałacu, na sankach woziła węgiel, bo chora nie miała nic. Nie miała czym opalać mieszkania w zimie.

Ta wykształcona, znająca trzy języki obce dama potrafiła rozmawiać ze wszystkimi, nie gardziła ani analfabetką, ani syfilityczką. Traktowała wszystkich z równą troskliwością. To byli ludzie, którzy nie mieli z czego żyć. Biedne staruszeczki, zubożali arystokraci, wygnańcy ze wschodu, leżący w nieobleczonej pościeli, głodni i zmarznięci. Był taki okres, kiedy pani Hanna szkoliła instruktorki pielęgniarstwa z całej Polski. Złożono wówczas na nią donos, że w opiece nad chorymi preferuje arystokratki. Hanna Chrzanowska spokojnie wytłumaczyła, że ich stan był przerażający. To były uciekinierki z Podola, z Wołynia, biedne i samotne. Na siedem przypadków, do których panie zostały zaprowadzone, trzy z nich mogły uchodzić za ziemianki.

– Co było charakterystyczne w jej relacjach z osobami chorymi?

– To nie była tylko kwestia „socjalu”, opatrzenia ran, ułożenia w łóżku. Dla niej chorzy byli przede wszystkim ludźmi. Pierwsza moja pacjentka miała męża Chińczyka, który znalazł się w Polsce w czasie wojny. On witał Hannę Chrzanowską prawie padając na kolana. Chorzy witali ją z oddaniem i ufnością. Całowali ją po rękach z wdzięcznością. Pacjenci czuli się pewniej dzięki temu, że ona wszystko nadzorowała, że była obecna. I mieli zaufanie do nas, młodych, bo wiedzieli, że jesteśmy jej uczennicami, że ona nas wychowuje.

– Jakie relacje łączyły Hannę Chrzanowską i was, jej uczennice?

– Egzamin u pani Chrzanowskiej to była sama przyjemność. Strasznie ją kochałyśmy. Był taki zjazd absolwentek w roku 1970. Pełniutka sala kina "Kijów". Hanna Chrzanowska już wtedy chorowała, była po pierwszym pobycie w szpitalu, ale wciąż pracowała. Pamiętam, przyszła spóźniona. Gdy weszła na salę, wszyscy na jej widok spontanicznie wstali i odśpiewali „Sto lat”. Potem Hanna zaglądała do każdej klasy, każda z nas musiała jej opowiedzieć, co robiła od momentu uzyskania dyplomu.

Była mocna i zdecydowana. Potrafiła być dla nas czuła, ale zarazem bardzo wymagająca. Tej czułości doświadczyłam podczas mojej pierwszej Wigilii poza domem. Po dyżurze zeszłam do jadalni, gdzie zawsze na stołach były ceraty i fajansowe naczynia. Jadalnia odmieniona, na stołach obrusy, opłatki, choinka z prawdziwymi świeczkami. Nagle usłyszałyśmy od progu śpiew kolędy. Patrzymy – a tu stoi w drzwiach pani Hanna w ciemnej sukience. Wszystkie płakałyśmy, rzucałyśmy się w jej ramiona, jak w ramiona matki. Została z nami wówczas, łamała się opłatkiem i czekała, aż zjemy na koniec makowiec.

– Na czym polegała siła Hanny Chrzanowskiej?

– Zarażała dobrem, przyciągała ludzi i zjednywała ich do swojego dzieła. Była mądrą kobietą. Wiedziała, jak rozmawiać z młodymi, umiała rozmawiać z dojrzałymi i wykształconymi ludźmi, również z tymi, którzy nie zgadzali się z jej poglądami. Zawsze nam mówiła, żeby nigdy nie nawracać na siłę, ale przykładem, życiem.

Była niezwykle kompetentna. Dobrze znała środowisko. Przeżyła wojnę w Krakowie, pracowała w dziale pielęgniarskim z uchodźcami i wysiedlonymi. Posyłała ochotniczki, których miała ok. 300, do tych ludzi. Widziała powojenną biedę, zaczęła się z tym zjawiskiem spotykać coraz częściej i nurtowało ją, jak skutecznie pomóc tym ludziom, którzy byli zdani na siebie, bo państwowa służba zdrowia nie miała im nic do zaoferowania. Potem Hanna pojechała do USA, do Nowego Jorku i wtedy już dobrze wiedziała, czego chce.

Zależało jej na tym, żeby poznać metodykę pielęgniarstwa domowego, bo wiedziała, że w USA jest to dobrze rozwinięte. Chciała poznać tamte środowiska i zobaczyć, jak opieka pielęgniarska jest tam realizowana w praktyce. Program szkoleniowy był dość nieciekawy, ale pani Hanna miała możliwość objechania najuboższych dzielnic Nowego Jorku, takich jak Harlem, z afroamerykańską pielęgniarką. Doszła do wniosku, że pielęgniarstwo domowe jest bardzo ważne. Trzeba mieć ogromną wiedzę i doświadczenie, bo jest się zdanym na swoje umiejętności, nie ma w pobliżu lekarza, jak to bywa na oddziałach szpitalnych.

– Te kompetencje, doświadczenie i wykształcenie wykorzystała do stworzenia całego systemu. Jak to się udało?

– Jej kompetencje zawodowe i wieloletnie doświadczenia były gwarancją, że pomysł zorganizowania pielęgniarstwa w oparciu o parafie nie był jakimś emocjonalnym zrywem, ale przemyślanym planem i usystematyzowaną koncepcją. Hanna Chrzanowska była świetną organizatorką. Napisała dla opiekunek programy szkoleniowe, m.in. dla sióstr zakonnych, które wtedy nie miały przecież możliwości uczenia się. Dzięki kursom organizowanym przez panią Chrzanowską i świadectwom wystawianym przez kard. Karola Wojtyłę siostry zyskały możliwość zatrudnienia w domach opieki czy na misjach.

Ksiądz Ferdynand Machay, który wspierał ją od początku i współpracował z Hanną, nazwał to wszystko koroną swojego życia. Wiele inspiracji czerpała od Piotra Skargi. Napisała zresztą na ten temat piękny artykuł na 400. rocznicę jego urodzin pt. „Miłosierdzie Skargi” z radami dla pielęgniarek, jak powinny pełnić uczynki miłosierdzia. Rozpropagowała wśród nich „Rachunek sumienia”, który zawiera wskazówki etyczne i uwrażliwia na to, by do chorego zawsze podchodzić z miłością i szacunkiem dla jego cierpienia.

– Na czym polega aktualność jej dzieła?

– Była prekursorką opieki domowej, opieki hospicyjnej. To, co dziś jest oczywistością, wówczas było pionierskim odkryciem. Jeśli pielęgniarstwo parafialne objęło opieką pacjenta terminalnie chorego, to troszczyło się o niego aż do jego śmierci. Hanna opracowała zagadnienia etyczne, przed którymi stoi każda pielęgniarka: walka z rutyną, obowiązek poznania. To są przepiękne wskazania, warte przypomnienia dziś, gdy wartość życia ludzi chorych tak pochopnie bywa kwestionowana. Jest ciągle żywym głosem w tej dyskusji. Zmieniły się warunki bytowania, zrewolucjonizowana została opieka, ale kwestie zawarte w rachunku sumienia pielęgniarki są wciąż aktualne.

– Jak to jest czekać na beatyfikację osoby, którą się znało?

– To wielka łaska.

Md/Kraków